Z Teatru Telewizji pamiętam ją najlepiej. Oglądałem te spektakle już po 1970 roku, gdy ekran był jeszcze sceną, a teatr transmitowany przez kamerę nie tracił nic ze swojej głębi. To właśnie tam, w tej specyficznej formule – pozornie ograniczonej – Zofia Mrozowska była niezwykle obecna. Jej aktorstwo nie potrzebowało wielkich gestów ani zbliżeń. Była – i to wystarczało.
Pamiętam ją jako Królową w Hamlecie Holoubka – dumną, ale i rozbitą od środka. Potem była Joanna w Domu kobiet Nałkowskiej – postać trudna, pełna napięć i przemilczeń. Z kolei w Pogrążyć się w mroku grała Helenę Loftis – rolę niemal intymną, dramatyczną, ale jak zawsze u niej – oszczędną, czystą, pozbawioną efektowności. A przecież nie sposób też zapomnieć jej Laury Collins w Upiorze w kuchni czy Pani Soerensen w Niemcach Kruczkowskiego – rolach mniej znanych, ale niezwykle precyzyjnych.
Pojawiała się też jako reżyserka – Zimowa opowieść, Fircyk w zalotach. To pokazuje, jak szeroko rozumiała teatr – nie tylko jako grę, ale jako strukturę, rytm, odpowiedzialność.
Nie miałem szansy oglądać jej na scenie na żywo. Jej Ifigenia, Masza, Ella, Maria Stuart należą do teatralnej legendy – dla mnie jednak to Teatr Telewizji stał się miejscem spotkania. Dzięki niemu mogłem zobaczyć, jak grała – i jak była. Bo Zofia Mrozowska nie „grała” w konwencjonalnym sensie. Ona była. Jej głos, tempo, spojrzenie – wszystko miało znaczenie. I nawet kiedy mówiła niewiele, jej postać była wypełniona treścią po brzegi.
Z czasem dowiedziałem się, jak odważnym była człowiekiem. Że nie bała się podpisywać protestów, że nie wchodziła w układy, że była nauczycielką i mentorką. Jej życie – podobnie jak jej role – było przejrzyste, świadome, pełne dyscypliny.
Dziś, w rocznicę jej śmierci, przypominam sobie te spektakle. Te zimowe poniedziałki, kiedy Telewizja Polska nadawała sztuki, a ja – jak wielu – siadałem przed ekranem. I znów słyszę jej głos. Nie trzeba zbyt wielu słów. Zofia Mrozowska potrafiła przemówić jednym spojrzeniem.
I wciąż potrafi.
Za to Jej dziękuję.