Zaćmienie, które oświetla wnętrze
O spektaklu „Zaćmienie w dwóch aktach” Pabla Remóna w reż. Grzegorza Małeckiego na Scenie Studio w Teatrze Narodowym w Warszawie pisze Wiesław Kowalski.
W świecie, który coraz mocniej wymaga od jednostki doskonałości, spektakl „Zaćmienie w dwóch aktach” jawi się jako zaskakująco czuła, ironiczna i poruszająco trafna odpowiedź na bolączki współczesności. Polska prapremiera tego hiszpańskiego dramatu, który w rodzimym języku ukazał się dzięki przekładowi Pauliny Eryki Masy, stanowi nie tylko formalne wyzwanie dla zespołu aktorskiego, ale i filozoficzną podróż w głąb tożsamości – artysty i człowieka zarazem.
Remón stawia widza wobec zamierzonego chaosu, który jednak już po kilku minutach układa się w precyzyjną strukturę – strukturalny pastisz, pełen autotematycznych odniesień, cytatów i gier teatralnych. Widz wciągany jest do świata „komediantów” – w polskiej wersji ukrytych pod tytułowym „Zaćmieniem” – gdzie aktorzy (Justyna Kowalska, Anna Lobedan, Oskar Hamerski i Mateusz Rusin) z wyczuciem balansują między farsą, tragifarsą, dramatem a groteską. Grają po kilkanaście ról każdy – z imponującą płynnością, bez efektu szarży, z wyczuciem konwencji.
Z pozoru lekka komedia staje się filozoficzną refleksją o sensie dążenia do spełnienia, o tym, że nie wszystkie marzenia są nasze – wiele z nich zostało nam wszczepionych przez system, przez oczekiwania społeczne, rodzinne, medialne. Cytując autora, „naprawdę wystarczy być dostateczną wersją siebie”. W tej frazie tkwi istota przedstawienia – jest ono teatralnym manifestem przeciwko tyranii sukcesu.
Scenografia Martyny Kander i projekcje Jagody Chalcińskiej subtelnie wspierają nieustanny przepływ między światem realnym a onirycznym. Na scenie zderzają się “Trzy siostry” Czechowa, “4.48 Psychosis” Sarah Kane, a nawet “Czarnoksiężnik z Krainy Oz”. Te cytaty funkcjonują nie jako ozdobniki, lecz jako kolejne warstwy sensów. Diego Fontana – filmowiec próbujący wyrwać się z pułapki komercji – jest archetypem twórcy zagubionego w międzyświecie: pragnienia ekspresji i konieczności ekonomicznej opłacalności.
Spektakl staje się zatem nie tylko opowieścią o zawodzie artysty, ale – szerzej – o kryzysie tożsamości człowieka XXI wieku. Remón i Małecki celnie odnotowują współczesne społeczne zmęczenie, wypalenie, dezintegrację. Obraz jest gorzki, ale niepozbawiony humoru – to najtrudniejsza, ale i najskuteczniejsza forma krytyki.
Wielką siłą “Zaćmienia” jest aktorstwo – na wskroś świadome, odważne, ale nigdy przerysowane. Obsada, korzystając z formuły „teatru w teatrze”, prezentuje rzadko spotykany zakres warsztatowych umiejętności – od gry realistycznej po parodię i performatywne auto-komentarze.
Szczególnie wyróżnia się Oskar Hamerski, który z niezwykłą precyzją porusza się po wszystkich tonacjach sztuki – od celnie puentowanej ironii, przez intymne wyznania, aż po przejmującą melancholię. Hamerski nie gra „typów”, on za każdym razem buduje osobne istnienie sceniczne – subtelne, pełne niuansów i śladów realnych biografii.
Choć “Zaćmienie” opowiada o środowisku teatralnym i filmowym, Małecki i Remón tworzą opowieść uniwersalną. Każdy widz – niezależnie od profesji – odnajdzie tu własne niepokoje: przymus sukcesu, strach przed przeciętnością, niepewność, czy żyje się „swoim życiem”. W tym sensie “Zaćmienie” jest spektaklem nie tylko o aktorach, lecz o nas wszystkich – poruszających się między iluzją, jaką tworzymy w social mediach, a rzeczywistością, w której brakuje nam powietrza.
„Zaćmienie w dwóch aktach” to teatralny sen i przebudzenie zarazem. Spektakl o wielkiej aktorskiej wolcie, precyzyjnie wyreżyserowany i niosący głęboką treść w zaskakująco przystępnej formie. To filozoficzna bajka dla dorosłych – nie moralizuje, lecz daje ukojenie; nie narzuca tempa, ale proponuje chwilę refleksyjnego zatrzymania. W świecie ogłuszającym nas imperatywem sukcesu, Małecki i Remón mają odwagę powiedzieć: „dostatecznie dobrze” – znaczy wystarczająco.
fot. Marta Ankiersztejn / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego