Za starzy na Romea? O obsadzaniu i odpowiedzialności
To nie aktorzy się starzeją. To nasze wyobrażenia o tym, kto może być kim, nie nadążają za rzeczywistością. A może właśnie rolą teatru jest je poszerzać?
fot. TdW
To nie aktorzy się starzeją. To nasze wyobrażenia o tym, kto może być kim, nie nadążają za rzeczywistością. A może właśnie rolą teatru jest je poszerzać?
fot. TdW
Są w teatrze zjawiska, które wszyscy znają, ale o których mówi się rzadko i niechętnie. Jednym z nich jest ejdżyzm – może nie zawsze jawny, ale tym bardziej skuteczny. Mówi się: „ona już do tej roli nie pasuje”, „on byłby świetny, ale jest za stary”, „tego nikt nie kupi” – i pod pozorem praktyczności zapada decyzja, która nie ma nic wspólnego z artystyczną prawdą. A przecież teatr nie jest katalogiem castingowym ani światem reklamy. W teatrze wiek nie powinien dyskwalifikować – chyba że ktoś świadomie czyni z tego temat. A to już zupełnie inna historia – pisze Wiesław Kowalski.
Problem zaczyna się tam, gdzie pojawia się pozorne kryterium „wiarygodności”. Znamy to dobrze: Romeo, który ma mieć dwadzieścia lat (choć w tekście ani razu nie pada jego wiek), Ofelia, która musi wyglądać jak licealistka, kochanka, która nie może mieć cienia siwizny – jakby ciało aktora miało nieść jedyną prawdę o postaci. A przecież aktorstwo to właśnie zdolność przekraczania tego, co powierzchowne. Rolą aktora nie jest „być”, lecz „grać”. A rolą reżysera – dać mu ku temu warunki.
To reżyser obsadza. I to reżyser ponosi za obsadę odpowiedzialność. Nie selekcjoner castingu, nie dramaturg, nie marketing – tylko reżyser. To on decyduje, kto wnosi do roli sens, głębię, napięcie, i to on musi mieć odwagę przeciwstawić się stereotypom. Bo niewłaściwa obsada może zniszczyć nawet najlepszy tekst. A właściwa – ocalić przeciętny. Kto pracuje w teatrze, ten wie, że często nie scenografia, nie koncepcja, nie rytm – ale właśnie obsada decyduje o tym, czy spektakl działa. A działający spektakl nie musi być realistyczny. Musi być prawdziwy.
Spotkałem się kiedyś ze zdaniem, że o sukcesie przedstawienia w osiemdziesięciu procentach decyduje trafny dobór obsady. I nie sposób się z tym nie zgodzić. Są przedstawienia, w których cała reszta może kuleć, ale jeden słuszny aktor, jeden dobrze obsadzony głos, spojrzenie czy gest – i publiczność zostaje wciągnięta bez reszty. A są też takie, w których wszystko się zgadza, wszystko jest zgodne z epoką i wiekiem, a jednak nic nie rezonuje, bo brakuje napięcia między aktorem a postacią.
Ejdżyzm to nie tylko wykluczanie aktorów z ról „romantycznych” czy „namiętnych”. To również nieufność wobec dojrzałości jako takiej. Teatr polski, pielęgnując dziś mit „młodości twórczej” – buntowniczej, cielesnej, rozedrganej – coraz częściej marginalizuje aktorów starszego pokolenia. I bardzo dobrze, że młodzi twórcy zabierają głos. Ale niedobrze, gdy ci, którzy po prostu mają więcej lat, milkną nie z braku energii, lecz dlatego, że spycha się ich do ról matek, ojców, starców czy drugiego planu – a co gorsza, niekiedy w ogóle odstawia na boczny tor. Jakby każda inna emocja była im już niedostępna. Jakby na scenie wolno było kochać, buntować się, tęsknić i pragnąć tylko do pięćdziesiątki.
A przecież można inaczej. Widziałem Romea po czterdziestce, który był bardziej przekonujący niż niejeden nastolatek – bo to nie był Romeo zakochany po raz pierwszy, tylko po raz ostatni. I to niosło zupełnie inną historię. Zamiast cukru i impulsu – desperację, lęk i głód bliskości. Tak się tworzy sens – nie przez metrykę, ale przez decyzję.
Dlatego nie chciałbym, żeby teatr poddał się logice rynku i „dobrego wyglądu”. Bo teatr zawsze był przestrzenią, w której można było być kimś innym – starszym, młodszym, umarłym, jeszcze nie narodzonym. Zawężać to do „wiekopodobieństwa” to odbierać mu podstawowe prawo: prawo do przemiany.
To nie aktorzy się starzeją. To nasze wyobrażenia o tym, kto może być kim, nie nadążają za rzeczywistością. A może właśnie rolą teatru jest je poszerzać?
fot. TdW