Z pyłu i krwi
O spektaklu „Prime Time” Wiesławy Sujkowskiej w reżyserii Anny Sroki-Hryń w Teatrze Polskim w Warszawie pisze Anna Czajkowska.
Monodram Prime Time w reżyserii Anny Sroki-Hryń nie jest łatwy – ani dla widza, ani dla wykonawcy. To sceniczna medytacja nad wojną, człowieczeństwem i ceną prawdy.
Napisany przez Wiesławę Sujkowską scenariusz, inspirowany życiem dziennikarza Waldemara Milewicza, to przejmująca mozaika złożona z myśli, wspomnień i młodzieńczych marzeń bohatera. Reporter i korespondent wojenny, który zginął tragicznie w Iraku w 2004 roku, był specjalistą od relacjonowania konfliktów zbrojnych. Jeździł między innymi do Czeczenii, Etiopii, Kosowa, Rwandy, Izraela czy Afganistanu. Nie jest to jednak opowieść biograficzna – raczej refleksja nad destrukcyjną mocą zła, które fascynuje ludzkość od wieków i wyzwala w człowieku skrajne okrucieństwo. Stąd popularność obrazów wypełnionych brutalnością i przemocą, nadawanych w tzw. prime time, czyli w najlepszym czasie antenowym. Z czasem uodparniamy się na ich makabryczność – oglądane zło coraz mniej szokuje, osłabiając naszą empatię wobec cierpienia.
Milewicz bez wahania ruszał tam, gdzie inni bali się pojawić – ale nie czynił tego dla sławy. Obcowanie ze złem nie pozbawiło go wrażliwości na los ofiar. Pragnął, by każdy człowiek – niezależnie od miejsca na świecie – mógł czuć się bezpiecznie i miał prawo do szczęścia. Otwarcie wyrażał swoje zdanie na temat zagrożeń, jakie niesie ze sobą każda wojna, nawet ta „sprawiedliwa”.
Nastrój przejmującego monologu podkreśla skromna, ale wymowna scenografia autorstwa reżyserki – pustynny piasek, prosty stołek oraz metalowa balia z wodą. Emocjonalna siła tej historii znajduje odbicie w muzyce wykonywanej na żywo przez Roberta Siwka na oryginalnych instrumentach oraz w punktowej grze świateł autorstwa Pauliny Góral. Na scenie kuli się nieruchoma, na wpół obnażona postać. Za chwilę Grzymkowski – Milewicz wstanie, narzuci marynarkę i rozpocznie swoją opowieść, w której śmierć miesza się z życiem i iskrą nadziei.
Sławomir Grzymkowski zaskakuje i wzrusza, operując precyzyjnie emocjami odbiorcy. Gdy trzeba, przemawia także do rozumu. Doskonale, bez cienia fałszu interpretuje tekst, eksponując to, co najważniejsze – mimiką, gestem, ruchem ciała i modulacją głosu. Bohater spektaklu z pozornym spokojem dzieli się bólem, czasem strachem, bezradnością i wściekłością. Z równie dużym zaangażowaniem akcentuje przerażające fragmenty opowieści oraz swoją nadzieję na lepsze jutro. Ostry jak nóż, tragiczny monolog pędzi, bywa chaotyczny, przeskakuje z refleksji do wspomnień. Reporter rozmawia z publicznością, ale nie oczekuje współczucia ani oceny – nikogo nie oskarża. Liczy na refleksję, bo sam nie stracił wiary w człowieka i dobro, choć jego psychika została głęboko pokiereszowana.
Reżyserskie wyczucie Anny Sroki-Hryń pozwala ukazać okrucieństwo i absurd wojny w sposób ponadczasowy. Powstała uniwersalna przypowieść ku czci wojennych korespondentów i bezimiennych ofiar – zwykłych ludzi, którzy pragną jedynie żyć w spokoju.
fot. Karolina Jóźwiak/Teatr Polski w Warszawie