Krzysztof Garbaczewski właściwie nie tyle przenosi „Złego” Leopolda Tyrmanda na scenę Teatru Powszechnego, ile swobodnie korzysta z genialnego tekstu. W gąszczu rozwiązań scenicznych gubi się jednak cel tych poszukiwań. W konsekwencji niemal pięciogodzinne przedstawienie bardziej przypomina sekwencję pomysłów, a nie przemyślaną kompozycję.
Warszawa Tyrmanda to miasto, które bierze pierwsze głębokie oddechy po wojnie. Miasto ruin, kurzu i pyłu, co w spektaklu podkreślone jest w poszarpanych i przybrudzonych kostiumach. Bramy i zaułki stają się portalami pomiędzy marnym tu i teraz a przyszłością. Jeszcze nie wiadomo jaką. Być może również ubrania, nad wyraz mocno przywołujące skojarzenie ze współczesnymi projektami upcyklingowymi, także dostały moc przenoszenia w czasie. Garbaczewski czyta więc książkę Tyrmanda jako opowieść o czasie, który zatrzymuje się w pętli. Warszawa na scenie nie jest miejscem, ale procesem: przestrzeń, którą widz ogląda, zmienia się na jego oczach, a ekrany i kamery przesuwają punkt widzenia między sceną, bistro a wirtualnym miastem.
Najciekawsze jest to, jak reżyser traktuje czas. Piosenka Léo Ferré, wykonywana przez Mamadou Góo Bâ, wraca kilkukrotnie, raz dramatycznie, raz z humorem. Za każdym razem to ta sama melodia, jednak w innej interpretacji, jakby miasto potrafiło zmieniać nastrój, ale tkwiło w pułapce refrenu. Pętla staje się formą.
Ta sama logika porządkuje wątek wyboru, pojawiający się za sprawą filozoficznej książki „Egzystencjalizm jest humanizmem” Sartre’a. Zły (doskonały w tej roli Mateusz Łasowski) działa poza systemem, sam wyznacza sobie zasady i sam decyduje, co jest słuszne. Garbaczewski sięga po tę figurę, ale przenosi ją w świat, w którym wolność może być pozorna, bo miasto samo generuje swoje warunki. W tym napięciu zawiera się najmocniejsza myśl spektaklu: człowiek jest skazany na wybór, ale proces wyboru rozgrywa się w mieście, które od dnia narodzin go kształtuje.
Warto przy tym zapytać, czy technologia w „Złym” służy tej myśli, czy ją przykrywa. Kamery, ekrany i przetwarzanie obrazu nadają przedstawieniu niepokojącą energię, ale przy niemal pięciu godzinach zdarza się, że ta energia zaczyna rozpływać się w powietrzu i zwyczajnie mierzi monotonią. I rodzi kolejne pytania, na które próżno szukać odpowiedzi. Lub chociaż podpowiedzi.
Trudno ocenić, jaką funkcję spełnia pies-robot, choreografia do piosenki „Thriller” Michaela Jacksona czy co reżyser chciał nam powiedzieć, obsadzając kobiety w rolach mężczyzn. Mimo wszystko to właśnie poszczególne kreacje (chociażby Andrzej Kłak jako Tyrmand w kolorowych skarpetkach) trzymają uwagę widza, gdy całość zaczyna się rozjeżdżać. Zdaje się jednak, że to za mało – kilka (kilkanaście?) osób opuściło salę przed zakończeniem przedstawienia i być może powinien być to dla twórców sygnał, że nabudowanie tropów i pomysłów poszło o kilka kroków za daleko.
Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera