„Szaleństwo w nas” to musicalowa opowieść o dojrzewaniu, wchodzeniu w dorosłość, dokonywaniu pierwszych poważnych wyborów – zarówno życiowych, jak i emocjonalnych. Główna bohaterka znajduje się w momencie przejścia: właśnie zdała maturę, a przed nią decyzja o tym, jak pokierować własnym życiem. Czy podążyć drogą wytyczoną przez oczekiwania matki, czy zaryzykować i wybrać własną ścieżkę, wzorując się na przyjaciółce, która już odeszła? Musical eksploruje typowe dla amerykańskiego kręgu kulturowego tematy inicjacyjne – prawo jazdy jako symbol wolności, wybór uczelni jako deklaracja tożsamości, pierwsza miłość jako przełom emocjonalny. Dylematy osadzone w realiach amerykańskiej młodzieży mogą nie rezonować w pełni z polskim kontekstem społecznym, jednak ich emocjonalna wymowa pozostaje zrozumiała.
To realizacja o charakterze półprofesjonalnym, co znajduje swoje odbicie w ograniczeniach inscenizacyjnych. Scenografia – skromna, wręcz ascetyczna – pełni funkcję jedynie pomocniczą i nie wspiera w pełni budowania przestrzeni znaczeń. Z kolei niedopracowana oprawa świetlna – niedostosowana do dynamiki ruchu scenicznego – zaburza rytm narracji, niekiedy osłabiając zarówno napięcie dramaturgiczne, jak i nastrój poszczególnych scen.
Trudno nie docenić ogromu pracy, jaką wykonali artyści – według zapowiedzi amatorzy, choć po tym, co zaprezentowali na scenie, trudno w to uwierzyć. Nawet jeśli pojawiały się drobne niedoskonałości intonacyjne czy nieco rozchwiane tempo w niektórych partiach, nie wpływało to znacząco na odbiór spektaklu. Uwagę przyciągała ich sceniczna wrażliwość, dobre wyczucie zespołowości i – co najważniejsze – widoczna radość z grania. To właśnie ta szczerość i zaangażowanie budowały siłę tego przedstawienia.
Grzegorz Żórawski (Adam) w pełni świadomie wykorzystuje swoje warunki fizyczne, budując wyrazistą postać o dużej scenicznej obecności. Dysponuje mocnym, zaskakująco wysokim głosem, który dobrze sprawdza się zarówno w partiach solowych, jak i w duetach. Katarzyna Wolfke (Beverly) z dużym wyczuciem łączy wokalną precyzję z aktorską subtelnością – w roli matki głównej bohaterki trafnie balansuje między rodzicielskimi ambicjami a marzeniami o lepszej przyszłości dla córki, z humorem wprowadzając także wątek fantazji o spotkaniu ze Stingiem.
Julia Pawlak (Samantha) wnosi na scenę świeżość i naturalność. Dysponuje ciepłym, przyjemnym w odbiorze głosem, a jej gra – pozbawiona tremy czy przesady – sprawia wrażenie niezwykle swobodnej i autentycznej. Świetnie odnajduje się w przestrzeni scenicznej i płynnie współgra z partnerami, budując przekonujące relacje.
I wreszcie — absolutna perła spektaklu: Karina Skowrońska (Kelly). Jej zjawiskowy głos, promienny uśmiech oraz wyrazisty sceniczny temperament tworzą niezapomniany obraz. To właśnie lekkość i swoboda w grze, niemalże dotykająca nonszalancji, sprawiają, że każda scena z jej udziałem przyciąga wzrok i zapada w pamięć.
Trzyosobowa grupa taneczna skutecznie uzupełniała sceniczny obraz. Szczególnie dobrze wypadły popisy stepowania Michała Wierzbowskiego i Katarzyny Bosan, a występ Zuzy Wiśniewskiej zapadł mi w pamięć dzięki precyzji i różnorodności stylów. Zarówno klasyczne, jak i nowoczesne układy cechowały się wyraźnym zaangażowaniem i pomysłowością.
Na uwagę zasługuje także pomysłowość w użyciu rekwizytów: chorągiewki z nazwami uniwersytetów, dmuchana gitara, pościel z „Ulicy Sezamkowej”, tablice tłumaczące amerykańskie mile na polskie kilometry, domowe ciastka od mamy — niby drobiazgi, a jednak świadczą o dużej wyobraźni twórców.
Ten udany, półprofesjonalny musical zostanie wystawiony łącznie sześć razy — tyle wystarczyło funduszy dla twórców. Wstęp na spektakle jest bezpłatny, jednak zbiórka na platformie Zrzutka lub dobrowolne datki przed przedstawieniem mogą pomóc w zorganizowaniu kolejnych pokazów, ku satysfakcji zarówno artystów, jak i widzów.
Zostały jeszcze trzy pokazy. Idźcie koniecznie!
https://www.facebook.com/hiznits