Na scenie Małej Warszawy trzy pary zasiadają w eleganckim wnętrzu gabinetu terapeutycznego. Terapeutki Agaty akurat nie ma, ale zadbała o przygotowanie zestawu ćwiczeń i tematów do szczerych rozmów. Para po parze bohaterowie próbują zmierzyć się ze swoimi relacjami – i to właściwie cały zarys dramaturgiczny spektaklu Terapia dla par.
Mamy tu klasyczne spotkanie dramatycznych typów: związki z różnym stażem, z różnym bagażem życiowym, emocjonalnym i zawodowym. Zamiast jednak zderzenia pogłębionych postaw czy konfliktów, otrzymujemy dość banalny zbiór obyczajowych rozmówek, dialogów, które z powodzeniem mogłyby zostać zasłyszane w codziennym życiu – w kuchni, na grillu, czy w poczekalni salonu fryzjerskiego.
Trudno nie być zaskoczonym poziomem tej realizacji, zwłaszcza gdy na scenie pojawiają się aktorzy pierwszoligowi: Kamilla Baar, Marek Kalita, Agnieszka Więdłocha, Piotr Głowacki, Roma Gąsiorowska i Antoni Pawlicki. W takim składzie oczekuje się przynajmniej elementarnego napięcia scenicznego – jakiejś psychologicznej gry, struktury dramaturgicznej pozwalającej na pogłębienie postaci, a przynajmniej rytmicznej dynamiki scenicznej. Tymczasem aktorzy, choć próbują ratować fabularne niedobory improwizacyjnym luzem i sceniczną charyzmą, w gruncie rzeczy nie mają czego grać.
Struktura tekstu Matíasa del Federico przypomina raczej szkic scenariusza niż gotowy dramat – dominują dialogi powierzchowne, często oparte na stereotypach i powielanych kalkach. Nawet kiedy spektakl próbuje sięgnąć po trudniejsze tematy (zdrady, frustracje seksualne, wypalenie relacji), czyni to w sposób zdawkowy i pozbawiony dramaturgicznej głębi. Efektem jest opowieść, która nie ma ani właściwego punktu zwrotnego, ani wyraźnej puenty.
Zakończenie – bez zdradzania szczegółów – wydaje się być wręcz oderwane od reszty spektaklu, jakby na siłę dolepione dla efektu zaskoczenia. Trudno tu doszukać się zarówno wewnętrznej logiki, jak i satysfakcjonującego domknięcia narracyjnego. Ostatecznie mamy do czynienia raczej z teatrem rozczarowania – nie metafizycznego czy egzystencjalnego, lecz jak najbardziej przyziemnego: rozczarowania inscenizacyjnego.
Atmosfera na widowni również nie pozostawia złudzeń. Poza nielicznymi momentami ożywienia – jak krótka scena imprezy tanecznej czy fragment rozmów o seksie (gdzie humor balansuje na poziomie nieco przaśnych dowcipów wujkowego autoramentu) – reakcje publiczności były raczej letnie. Nie pomogła ani forma, ani gra aktorska, ani próby reżyserskiego ożywienia tej inscenizacji.
Czy Terapia dla par to farsa? Komedia obyczajowa? A może teatr terapeutyczny w wersji pop? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. To spektakl, który być może miał być lżejszą opowieścią o związkach i ich kryzysach, ale jego teatralna realizacja rozmija się z jakimikolwiek ambicjami artystycznymi.
Pozostaje wrażenie zmarnowanego potencjału – zarówno aktorskiego, jak i tematycznego. Terapia dla par nie leczy, nie wzrusza, nie bawi. A szkoda – bo terapeutyczna przestrzeń teatru zasługuje na coś więcej niż rozczarowujące banały.
https://wydzialprodukcji.pl/produkcje/terapia-dla-par/