W eleganckiej podwarszawskiej willi znany polityk Igor usiłuje popełnić samobójstwo. Tego samego dnia stracił ministerialne stanowisko oraz zdradzającą żonę – nie widzi więc sensu dalszej, jak sam uważa, marnej egzystencji. Jest posłem, więc – jak twierdzi – nie reprezentuje sobą niczego istotnego, ale tuż przed śmiercią pragnie spełnić swoje odwieczne marzenie: zamawia do siebie prostytutkę.
Podczas oczekiwania na jej przyjazd, zupełnie niespodziewanie do drzwi puka Ewunia – akwizytorka firmy gazowniczej. Od słowa do słowa wywiązuje się między nimi bardzo szczera rozmowa, którą przerywa przyjazd zamówionej damy do towarzystwa – Nikol. Spotkanie z nią zmienia świat obojga.
Świat, który – najdelikatniej mówiąc – jest przewidywalnie banalny, absurdalnie głupi i zwyczajnie… usypiający.
Każdy z bohaterów zdaje się mieć swoją „broń” – czy to w postaci wpływów, pieniędzy, emocjonalnego szantażu czy zwykłej przebiegłości – jednak żaden z tych środków nie prowadzi do realnego konfliktu ani dramaturgicznego napięcia. Zamiast starcia postaw czy wartości, obserwujemy jedynie ciąg pozornych konfrontacji, pozbawionych ciężaru i konsekwencji.
W pełni świadomy, że mamy do czynienia z teatralną komedią – gatunkiem stricte rozrywkowym, nieaspirującym do głębokiej refleksji czy formalnych eksperymentów – jestem tym bardziej zaskoczony słabością tej inscenizacji. Dodatkowo zdumiewa fakt, że na scenie występują aktorzy doskonale znani zarówno z ról dramatycznych, jak i komediowych: Szymon Bobrowski, Anna Karczmarczyk, Marta Ścisłowicz, Jędrzej Hycnar czy Andrzej Kłak.
Znając ich możliwości i sceniczną intuicję, spodziewałem się co najmniej dynamicznej gry aktorskiej, lekkiego, inteligentnego humoru, może nawet odrobiny ironicznej zabawy konwencją. Oczekiwałem inscenizacji, która – choć osadzona w formule farsy – wykorzysta potencjał psychologiczny postaci czy pozwoli widzowi na więcej niż tylko śmiech z oczywistych puent. Tymczasem otrzymujemy spektakl nie tyle konwencjonalny, co po prostu przewidywalny i grzęznący w tempie zbyt wolnym, by utrzymać uwagę nawet niezobowiązującego widza niedzielnego.
Reżyser – jak można przypuszczać – zaufał sile nazwisk i charyzmie zespołu aktorskiego, licząc, że przy takiej obsadzie spektakl „poprowadzi się” niejako sam. Niestety, potencjał wykonawczy nie ma tu oparcia w materiale dramatycznym – aktorzy zwyczajnie nie mają czego grać.
Szymon Bobrowski, obsadzony w roli głównej, robi co może, by tchnąć życie w nieco chaotyczną i powierzchowną narrację. Trzeba przyznać, że momentami udaje mu się wyczuć oczekiwania publiczności – szczególnie w scenach nacechowanych humorem fizycznym, jak choćby wielokrotnie powracający gag z całowaniem sparaliżowanego ojca Ewuni. Niestety, granie tą samą kartą zbyt często – choć skuteczne w krótkiej perspektywie – szybko traci siłę rażenia.
Aktor podejmuje wysiłek, by nadać tempa opowieści, wzbogacić ją improwizowanymi bon-motami czy grą rytmem scenicznych interakcji. Jednak nawet jego zaangażowanie nie jest w stanie ukryć dramaturgicznych mielizn – braku wyrazistego konfliktu, konsekwencji w prowadzeniu postaci czy dobrze zbudowanych punktów kulminacyjnych.
Spektakl pozostawia widza w stanie narastającego znużenia. Finał – zamiast stanowić pointę fabularną lub emocjonalną kulminację – okazuje się jedynie rozwleczonym, pozbawionym dramaturgicznego ciężaru żartem, który niestety pogłębia wrażenie narracyjnej przypadkowości i scenicznej bezradności.
Brakuje wyraźnych zwrotów akcji, czytelnych napięć i dobrze skonstruowanych sytuacji komediowych. Konwencja, choć deklaratywnie farsowa, nie znajduje odzwierciedlenia ani w rytmie przedstawienia, ani w strukturze scenicznej opowieści. Zamiast błyskotliwej rozrywki otrzymujemy zbiór przewidywalnych klisz i dialogów pozbawionych dramatycznego impulsu.
Pozostaje jeszcze efektowna, choć przewidywalna zmiana dekoracji – przy przygaszonych światłach i nastrojowej muzyce. I tyle.
https://spektaklove.pl/