widz_trebicki(nie)poleca: „In the Heights”
O spektaklu „In the Heights” Lin-Manuela Mirandy i Quiary Alegríi Hudes w reż. Jacka Mikołajczyka, dyplomie studentów Wydziału Wokalno-Aktorskiego UMFC, pisze Robert Trębicki.
Idąc na „In the Heights”, w pamięci wygrzebałem wcześniejszy dyplom studentów Uniwersytetu Fryderyka Chopina, który miałem okazję zobaczyć – „Kobiety na skraju załamania nerwowego”. Wówczas opuszczałem teatr z zachwytem, pełen nadziei na podobną, niezapomnianą ucztę. Niestety, tym razem nadzieje okazały się płonne.
Spektakl ten jest przykładem, jak błędy w obsłudze akustycznej i oświetleniowej mogą całkowicie zniweczyć starania aktorów, którzy – mimo szczerych wysiłków – pozostają bezradni wobec tych technicznych trudności. Wielokrotne wyłączenia mikroportów sprawiały, że pierwsze wersy piosenek były po prostu niesłyszalne, by za chwilę jeden wykonawca zagłuszał drugiego. Poziom głośności i jakość dźwięku były na tyle nierówne, że gdybym był reżyserem, poważnie zastanowiłbym się nad dalszą współpracą z tym dźwiękowcem. Również kwestia oświetlenia pozostawiała wiele do życzenia. W jednej z piosenek światło padało na ścianę za śpiewającą artystką, zamiast na nią, a w innej para schodziła ze sceny w całkowitych ciemnościach, nieodprowadzana przez choćby jeden reflektor, mimo iż wymagała tego dramaturgia. Takie detale, choć na pozór drobne, poważnie zakłócają odbiór spektaklu i odbierają przyjemność z jego oglądania. Początkowo sądziłem, że za te błędy odpowiedzialni są uczący się fachu studenci, jednak okazało się, że to zewnętrzna „profesjonalna” firma zajmowała się obsługą techniczną.
Nie mniejsze rozczarowanie, niestety, niosła ze sobą sama widownia. Jeszcze dwadzieścia minut po rozpoczęciu spektaklu wchodziły osoby, które bez żadnej żenady wciskały się na swoje miejsca. Zdarzały się przypadki, że widzowie wchodzili po przerwie, co zdaje się nie miało żadnego logicznego uzasadnienia, chyba że, jak to często bywa, ich spóźnienie miało związek z szybkim zakupem w pobliskim sklepie. Obecność mam, które komentowały sceniczne wydarzenia, dzieci rozmawiających na głos, masowe wyjścia do toalety, a także charakterystyczny dźwięk schodów rezonujących pod nogami widzów – wszystko to skutecznie zakłócało odbiór spektaklu. Były także bardziej spektakularne incydenty – jedna z pań postanowiła opuścić salę wprost do garderoby, inna zaś znalazła sobie miejsce pod ścianą, utrudniając rozwój akcji. O przeglądanych telefonach i bezczelnym nagrywaniu, zwłaszcza tuż pod sceną, wolałbym nawet nie wspominać. Najbardziej przykre było jednak obserwowanie reżysera Jacka Mikołajczyka, który w przerwie, z wyraźnym zaniepokojeniem, prosił, a wręcz błagał, widzów o nierejestrowanie spektaklu.
Wydaje się, że w takiej przestrzeni, jak Terminal Kultury, powinno odbywać się przed spektaklem krótkie przypomnienie o zasadach zachowania. Być może warto również rozważyć odpowiednie przeszkolenie obsługi widowni, która powinna być lepiej przygotowana na radzenie sobie z takimi sytuacjami. Po tych doświadczeniach zastanawiam się, czy jeszcze raz zdecyduję się na wizytę w tej instytucji.
Jeśli chodzi o sam musical, narracja momentami sprawia wrażenie chaotycznej i niedomkniętej, jednak dzięki zaangażowaniu aktorów większość scen zyskuje klarowność i sens sceniczny. Jak to zwykle bywa w musicalu, najważniejszą rolę odgrywają piosenki – i te, choć technicznie wymagające, wypadają przekonująco. Cechuje je charakterystyczna latynoska pulsacja, bogactwo rytmiczne oraz złożona harmonia i zmienne tonacje. Można odnieść wrażenie, że proporcje repertuarowe nieco się rozkładają – dominują ballady, podczas gdy brakuje większej liczby żywiołowych numerów zbiorowych, które okazują się najmocniejszą stroną tego przedstawienia. Właśnie w scenach zespołowych studenci pokazują pełnię swojego potencjału – zarówno wokalnie, jak i tanecznie – a scena tętni wtedy prawdziwą energią.
Zespół muzyczny, mimo okazjonalnych niedociągnięć, dobrze współgra z wykonawcami, choć niekiedy bywa zagłuszony przez potężne głosy młodych wokalistów. Niestety, mankamenty w realizacji dźwięku i oświetlenia pozostają trudne do zignorowania – wpływają one bezpośrednio na jakość odbioru i niwelują wysiłek wkładany przez zespół artystyczny.
Wśród wykonawców szczególnie wyróżniły się Elżbieta Węgrzynowska, której obecność na scenie emanuje niezwykłym spokojem, oraz Natalia Kłodnicka, obdarzona przepotężnym, pełnym ekspresji głosem. Za resztę obsady również trzymam kciuki – życzę im dalszych sukcesów na muzycznych scenach. A na koniec, z wielką radością zauważyłem, że w tym spektaklu pojawił się znany mi żółty saturator, który miał swoje miejsce w fantastycznym przedstawieniu o kapitanie Żbiku w Teatrze Syrena – to prawdziwy przykład teatralnego recyklingu!
fot. Mateusz Żaboklicki / UMFC