O spektaklu „Głowa w piasek” Matta Murraya w reż. Marii Seweryn w Teatrze Polonia w Warszawie pisze Robert Trębicki.
Do pogrążonej w twórczym marazmie pisarki Holly (Weronika Książkiewicz) z kurtuazyjną wizytą przychodzi Pam (Magdalena Stużyńska) — matka Marcela, który przyjaźni się z dzieckiem Holly. Ich relacja jest, powiedzmy, dość „gorąca”, więc dobrze by było, gdyby również ich matki nawiązały jakąś nić porozumienia. Akcja rozgrywa się w jednym z mocno liberalnych kanadyjskich miast, ale pojawia się pewien problem. Literatka i jej nagle pojawiająca się, bardzo rozrywkowa sąsiadka Cheryl (Paulina Holtz), muszą wytłumaczyć nowo przybyłej gościni kilka spraw.
Pam pochodzi z mocno tradycyjnego domu. Spieszy się, by zdążyć wstawić jagnięcinę na obiad dla męża prawnika, pracuje jako mama i żona, nie zna alkoholu, używek ani szalonych imprez. Jej jedyną słabością jest cukier. W ramach chwili oddechu sięga więc po czekoladkę upieczoną przez Cheryl — nieświadoma jednak, że nie jest to czekoladka z nadzieniem karmelowym czy wiśniowym…
Więcej zdradzać nie będę, bo liczba wątków, bon motów i zwrotów akcji jest ogromna, a każdy z nich wypływa naturalnie z poprzedniego i jest ważny dla całej historii.
Kapitalna scenografia przedstawiająca mieszkanie na poddaszu starej kamienicy, świetnie zaprojektowane kostiumy, trafnie dopasowana muzyka, ale przede wszystkim — znakomite aktorstwo. Z nieskrywaną przyjemnością śledziłem celne riposty Pauliny Holtz, zagubienie i późniejszy rozmach Magdaleny Stużyńskiej, a także próbę sensownego uporządkowania sytuacji przez Weronikę Książkiewicz.
Spektakl balansuje pomiędzy wyrafinowanym humorem a momentami refleksji. Pojawiają się dosadniejsze słowa, nie brakuje też scen przy kieliszku whisky, jednak wszystko to ma swoje uzasadnienie i służy budowaniu autentyczności postaci. Całość sprawia wrażenie, jakby tekst został napisany z myślą o tych właśnie trzech aktorkach. Ich sceniczna chemia oraz widoczna radość ze wspólnego grania udzielają się publiczności w pełni.
Choć autorem sztuki jest Matt Murray — co ciekawe, mężczyzna — za realizację scenicznego kształtu spektaklu odpowiadają kobiety. I myślę sobie, że to wcale nie jest przedstawienie „dla kobiet”, mimo że to właśnie one dominują na widowni. (Nawiasem mówiąc, w większości warszawskich teatrów wygląda to podobnie — w swoim życiu teatralnym widziałem tylko jeden spektakl, na którym mężczyźni stanowili wyraźną większość.)
To pokaz, a może wręcz studium kobiet silnych, dających miłość, ale też potrzebujących wsparcia. Kobiet, które kochają życie i dzieci, ale same wciąż czekają na odrobinę rodzicielskiej miłości, której nigdy nie zaznały. Czasem zagubionych, ale zawsze potrafiących wyjść z opresji z podniesioną głową.
Zatem, panowie — ruszajcie do kas Teatru Polonia. Gwarantuję wam świetną reżyserię, koncertowe aktorstwo i udany kulturalny wieczór. Wieczór z cudownymi kobietami.
https://www.teatrpolonia.pl/