„Teatr nie jest po to, żeby się go bać, tylko po to, żeby myśleć” — mawiał Konrad Swinarski. Człowiek, który już za życia był legendą, odszedł nagle, przedwcześnie, dokładnie 19 sierpnia 1975 roku, w katastrofie lotniczej w pobliżu Damaszku. Zginął w drodze na Festiwal Sztuki w Szirazie w Iranie, na który został zaproszony przez cesarzową Iranu, Farah Pahlavi. Dziś, pięćdziesiąt lat później, wciąż trudno mówić o nim w czasie przeszłym. Jego teatr bowiem nadal trwa — w pamięci widzów, w duchu sceny polskiej, w pracach uczniów i kontynuatorów.
Swinarski nie był „tylko” reżyserem. Był artystą totalnym, który – niczym demiurg – tworzył nie tyle spektakle, co światy. Reżyserował z myślą o prawdzie, z obsesją sensu, z wrażliwością filozofa. Z jego realizacjami nie można było się „oswoić” — one nie pozwalały na obojętność. Nawet dzisiaj, oglądając dokumentacje “Dziadów” czy “Wyzwolenia”, czuje się uderzenie siły, jaką miały jego inscenizacje. To nie teatr – to doświadczenie.
Teatr, który kształtuje wyobraźnię
Jego „Dziady” z 1973 roku – z Jerzym Trelą jako Konradem – do dziś uchodzą za jedno z najważniejszych wydarzeń w historii polskiego teatru XX wieku. Spektakl ten, zanurzony w metafizyce, pełen aluzji do ówczesnej rzeczywistości politycznej, był nie tylko odczytaniem Mickiewicza na nowo, ale i gestem oporu wobec ideologii, która próbowała zawłaszczyć przestrzeń kultury. Swinarski nie moralizował — on otwierał przestrzenie do myślenia.
W Krakowie, w Starym Teatrze, znalazł swoje duchowe miejsce. Współpraca z wybitnymi aktorami (Trelą, Pszoniakiem, Sadeckim, Radziwiłowiczem, Polony) zaowocowała inscenizacjami, które przeszły do legendy. Swinarski nie tyle kierował aktorami, co wydobywał z nich prawdę — czasem wbrew nim samym. Jak wspominali jego współpracownicy, praca z nim była wymagająca, czasem bolesna, ale zawsze przemieniająca.
„Konrad Swinarski. Biografia ukryta” – książka Beaty Guczalskiej
W kontekście dzisiejszej rocznicy nie sposób nie wspomnieć o znakomitej książce Beaty Guczalskiej, „Konrad Swinarski. Biografia ukryta”, która ukazała się niedawno i stanowi jeden z najważniejszych głosów w najnowszej refleksji nad dziedzictwem reżysera. Guczalska – wybitna badaczka polskiego teatru – nie buduje pomnika. Wręcz przeciwnie: odziera legendę Swinarskiego z patosu, by pokazać go jako człowieka zmagającego się z własnymi lękami, namiętnościami, artystycznymi obsesjami.
Autorka sięga do archiwów, listów, notatek reżysera. Odsłania jego nieustanny dialog z Brechtem, ale i fascynacje mistyką, romantyzmem, egzystencjalizmem. Książka Guczalskiej nie tylko przypomina, kim był Swinarski, ale przede wszystkim pyta, co dziś znaczy jego teatr. Czy jego idea „teatru myślącego” może być odpowiedzią na dzisiejszą teatralną bylejakość, na zalew estetyzacji bez treści?
Dziedzictwo, które trwa
Wielu twórców sceny współczesnej deklaruje dług wobec Swinarskiego. Krystian Lupa mówił o nim jako o swoim mistrzu. Jerzy Grzegorzewski przejął od niego myślenie o teatrze jako strukturze otwartej, palimpseście sensów. Jerzy Jarocki czy Maciej Prus w swoich inscenizacjach często kontynuowali jego duchową i intelektualną linię.
Wśród młodszych — Grzegorz Jarzyna i Krzysztof Warlikowski — również można dostrzec wpływ Swinarskiego, choćby w radykalnym podejściu do tekstu, w rozbijaniu tradycyjnej formy scenicznej, w traktowaniu teatru jako miejsca konfrontacji z pytaniami najtrudniejszymi.
Ale czy naprawdę możliwe jest kontynuowanie Swinarskiego? On sam nie znosił powtórzeń. Każda realizacja była odkrywaniem języka na nowo. To, co po nim zostało, to nie „styl Swinarskiego”, lecz jego metoda: myśl w centrum.
Na koniec – cisza
Śmierć Konrada Swinarskiego przerwała prace nad „Hamletem”, który miał być jego wielkim powrotem do Szekspira. Nigdy się nie dowiemy, jaki byłby ten spektakl, choć można przypuszczać, że — jak wszystko u Swinarskiego — byłby osobistym rozrachunkiem z losem, władzą, tożsamością. Może też z samym sobą.
Dziś, pięć dekad później, pozostaje po nim nie tylko legenda. Pozostaje pustka, która wciąż domaga się nowego wypełnienia – przez teatr, który nie boi się pytać. Przez reżyserów, którzy nie chcą tylko „ładnie opowiadać”, ale — jak Swinarski — zmuszają do myślenia. I przez widzów, którzy jeszcze wierzą, że scena to nie ucieczka od świata, lecz jego najczulsze lustro.
Konrad Swinarski nie żyje od pięćdziesięciu lat. Ale jego teatr — ten najtrudniejszy, najbardziej bezkompromisowy — wciąż żyje. W nas.