12 sierpnia. Dla wielu to zwyczajny dzień lata – leniwy, gorący, może nieco zapomniany w rytmie wakacyjnych miesięcy. Ale dla mnie ten dzień ma swoją wagę. To rocznica urodzin Andrzeja Blumenfelda – aktora o niezwykłym głosie i jeszcze bardziej niezwykłej duszy. Dla mnie przede wszystkim – pedagoga. Przewodnika. Mistrza.
Miałem szczęście – a może po prostu przywilej – być jego studentem w Studiu im. Baduszkowej. Zajęcia z nim nie przypominały akademickiej rutyny. Z nim teatr był jak oddychanie – pełne, organiczne, uczciwe. Pamiętam nasze sceny czarownic z Makbeta. Zwykle praca nad klasyką kończyła się analizą tekstu i próbami formalnymi. Z nim – to była podróż. Do środka słowa, rytmu, znaczenia, dźwięku i ciszy. Umiał wydobywać z nas to, czego sami w sobie jeszcze nie znaliśmy.
Był wymagający, ale sprawiedliwy. I choć nie należał do tych, co dużo mówią – jego jedno „dobrze” znaczyło więcej niż dziesięć pochwał od innych. Miał niespotykaną intuicję – widział więcej, niż pokazywaliśmy.
Pamiętam też premierę Dziadów w reż. Macieja Prusa w Teatrze Wybrzeże, gdzie Blumenfeld grał Księdza Piotra, a Gustawa-Konrada – inny nasz mistrz, Henryk Bista. Siedzieliśmy jako studenci w rzędach, chłonąc każdą scenę, każde słowo. Tamten wieczór był dla mnie jak inicjacja – jakby teatr wyciągał do nas rękę i mówił: „Witajcie. Teraz wasza kolej.”
Oglądałem go potem wielokrotnie – w różnych rolach, różnych teatrach, różnych tonacjach. Operetka Gombrowicza, Pieszo Mrożka, Mizantrop, Don Juan, Walizka, Pożegnania, Cudotwórca, Absolwent, Nosorożec, Kupiec wenecki, Szalbierz, Dajcie mi tenora!, Wizyta starszej pani, Sługa dwóch panów… Każdy z tych spektakli to była dla mnie osobna lekcja. Spotkanie z jego warsztatem, jego myśleniem scenicznym, jego precyzją i czułością wobec roli.
To była dla mnie kontynuacja zajęć – choć już z fotela widowni. Po spektaklach rozmawialiśmy, wymienialiśmy refleksje, czasem tylko krótkie komentarze czy spojrzenia. Ale i to wystarczało – bo każde jego słowo, nawet rzucone mimochodem, było ważne. Jego uwagi nie były mentorskim wyrokiem ani salonową mądrością – były głębokie, trafne, prawdziwe. I ludzkie.
Zmarł dwa dni po swoich 66. urodzinach – 14 sierpnia 2017 roku. Odszedł tak, jak żył – dyskretnie, bez fajerwerków. Ale ślad, który zostawił, jest głęboki. W teatrze, w uczniach, w tekstach, w głosie, który wciąż brzmi w produkcjach filmowych i dubbingowych.
Dziś, 12 sierpnia, nie sposób nie wspomnieć. Nie sposób nie poczuć wdzięczności. Za Makbeta. Za Dziady. Za rozmowy. Za milczenia. Za lekcje, które trwają, choć lekcji już nie ma.
Dziękuję, Panie Andrzeju. Wciąż Pana słyszymy. I wciąż Pana gramy – gdzieś w sobie.