Slide
previous arrow
next arrow
W nadaniu wolności jest samotność - Teatr dla Wszystkich

W nadaniu wolności jest samotność

Na afiszu

W nadaniu wolności jest samotność

O spektaklu “Piramida zwierząt” w reż. Michała Borczucha w Narodowym Starym Teterze w Krakowie pisze Agnieszka Loranc.

Opublikowano: 2025-11-21
fot. HaWa

Ocena Recenzenta:

Choć baśń o ośle, psie, kocie i kogucie stała się dla rzeźbiarki Katarzyny Kozyry punktem wyjścia do stworzenia najsłynniejszej i najbardziej kontrowersyjnej w jej dorobku rzeźby „Piramida zwierząt”, na Scenie Kameralnej Narodowego Starego Teatru w Krakowie próżno szukać grimmowskiej fantazji o Czterech muzykanta­ch z Bremy. Michał Borczuch wraz z Mateuszem Górnym proponują spektakl dla dorosłych – wyrastający z wywrotowej instalacji, która jako kontestacja antropocentryzmu paradoksalnie składała się ze zwłok zwierząt – a jednocześnie rozrastający się w opowieść stawiającą pytania o wolność. Twórcy „Piramidy zwierząt” nie rekonstruują życia Kozyry. Rozszczelniają je, zaglądają przez nie jak przez soczewkę na cały system napięć między twórcą a światem, między niezależnością a tym, co ją reglamentuje, temperuje, oswaja. Zostaje jedno zdanie: „W nadaniu wolności jest samotność.” To właśnie w tej samotności rodzi się sztuka.

Piramida wpół widoczna

Centralnym elementem pierwszej sceny staje się wagon pociągowy umieszczony na szczycie schodkowej piramidy. Ten obraz to bezpośrednie nawiązanie do instalacji Kozyry, ale też jej twórcza reinterpretacja: zamiast spreparowanych zwierząt ułożonych jedno na drugim Borczuch układa piramidę społecznych warstw, instytucjonalnych hierarchii i osobistych doświadczeń osób towarzyszących Kozyrze. To w pociągu zaczyna się właściwa opowieść o narodzinach świadomości artystycznej – o szarpaninie pomiędzy intymną biografią a kulturowymi i moralnymi dyskursami, w które została wepchnięta polska rzeźbiarka.

Przez kamerę oglądamy na ekranie zawieszonym nad sceną, jak w 1992 roku Katarzyna Kozyra (w tej roli Małgorzata Zawadzka), studentka warszawskiej ASP, jedzie pociągiem nad morze, by dostarczyć do jednej z galerii swoją fotografię – warunek odbycia wystawy jej prac. I tutaj należy się pierwszy aplauz. Małgorzata Zawadzka wykonała pracę monumentalną. Podróż Kozyry rozciąga się na czterdziestominutowy monolog, prowadzony przez aktorkę z imponującą konsekwencją. Zawadzka zamienia potok słów w pełnokrwisty portret dwudziestoośmioletniej kobiety-artystki-matki. Oglądamy film realizowany na żywo, precyzyjnie zsynchronizowany, kadrowany i prowadzony tak, jakby powstawał w studiu – a przecież dzieje się tu i teraz, bez dubli. (Drugi aplauz dla operatora, Jakuba Katarzyńskiego). Kamera rejestruje z bliska, bezlitośnie, ale i z czułością. Zawadzka tę bliskość wykorzystuje brawurowo. Nie odgrywa Kozyry, lecz wymyśla ją na nowo: kruche ciało, ogromna intelektualna odwaga, ucieczka przed odpowiedzialnością i jednoczesne desperackie pragnienie jej udźwignięcia.

Piramida (nowo)porządkowa

Lata 90. to okres transformacji ustrojowej – czas, gdy polska demokracja budziła się z chaosu, kapitalizm dopiero zaczynał się rozpychać, a społeczeństwo próbowało znaleźć nowe formy funkcjonowania po dekadach życia w opresji. W tej dynamicznej rzeczywistości sztuka stała się jednym z pól wyrażania świeżo odzyskanej sprawczości. To moment narodzin sztuki krytycznej – bezkompromisowej, często brutalnej w środkach, ale konsekwentnej w stawianiu pytań o prawdę.

Borczuch wraca do tamtego czasu nie po to, by go odtworzyć, lecz by zapytać, co z tamtej odwagi przetrwało. W jego interpretacji współczesność zbyt łatwo ulega autocenzurze, a sztuka coraz częściej – uładzonej odpowiedzialności. A odpowiedzialność, jak sugeruje spektakl, bywa śmiertelnym ciosem dla sztuki. Jak mówi jeden z bohaterów: „bo w sztuce można jeszcze eksperymentować”.

Przez burzliwe sceny z życia Kozyry przechodzą sylwetki twórców-eksperymentatorów, którzy – podobnie jak artystka – w swoim dorobku mieli zarówno prace kontrowersyjne („Lego. Obóz koncentracyjny” Zbigniewa Libery), jak i te, które na stałe zapisały się w pejzażu społecznym („Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich” Joanny Rajkowskiej). Ich wspólnym mianownikiem jest sztuka krytycznie zaangażowana, ale przede wszystkim „Kowalnia” – kuźnia artystycznej bohemy prowadzona na ASP w Warszawie przez prof. Grzegorza Kowalskiego (Roman Gancarczyk).

Sylwetki Artura Żmijewskiego (Bogdan Brzyski), Zbigniewa Libery (Krzysztof Zawadzki), Jacka Markiewicza (Kamil Pudlik), Pawła Althamera (Mikołaj Kubacki), Katarzyny Górnej (Aleksandra Nowosadko), Joanny Rajkowskiej (Iwona Budner) oraz artystki kreowanej przez Urszulę Kiebzak pełnią podwójną funkcję: z jednej strony stają się przewodnikami po artystycznych turbulencjach lat 90., z drugiej – odsłaniają kolejne warstwy historii Kozyry, jej motywacji, lęków i ambicji.

Piramida nieporozumień

Czym byłaby sztuka, gdyby nie miała mocy wywlekania na wierzch problemów zapisanych w zbiorowej świadomości? Parafrazując słowa, które w spektaklu padają nie bez przyczyny, Borczuch konsekwentnie pokazuje, że sztuka nie istnieje w próżni. Rodzi się z konfliktu, z pęknięcia, z braku zgody na zastany porządek. W tym kontekście pojawia się jedna z najciekawszych i najbardziej przewrotnych postaci spektaklu – Doktor (Michał Badeński), który wchodzi w życie Kozyry w związku z jej chorobą nowotworową. Staje się jednocześnie figurą kogoś, kto nie potrafi – a może nie chce – zrozumieć, czym jest sztuka krytyczna. Dla niego jest to świat obcy, zbyt abstrakcyjny, pozbawiony praktycznego sensu.

W jego reakcji odbija się wszystko, z czym Kozyra i inni artyści „Kowalni” mierzyli się od początku. Mateusz Górny tworzy relację lekarza z artystką z ogromną subtelnością – nie jest to karykatura ani drwina z ignorancji, lecz zderzenie dwóch sposobów doświadczania rzeczywistości. Michał Badeński w swoim debiucie na deskach Narodowego Starego Teatru buduje rolę wiarygodną, podszytą dystansem i pewną bezradnością wobec spraw, których nie da się zmierzyć stetoskopem. Warto wspomnieć, że aktor z wykształcenia jest lekarzem, co nadaje tej postaci dodatkowy, interesujący sznyt.

Piramida spajająca

Nie da się oderwać uwagi od przestrzeni scenicznej zaprojektowanej przez Dorotę Nawrot, która nadaje spektaklowi strukturę i rytm, stając się wizualnym odpowiednikiem transformacji przechodzonych przez główną bohaterkę, a także przemian będących skutkiem zmian ustrojowych w Polsce. Choć spektakl trwa ponad dwie i pół godziny (bez przerwy), jego rytm jest starannie modulowany poprzez opuszczanie kurtyny. Można domyślić się, że są to przerywniki między czterema aktami, na które Mateusz Górny podzielił tekst.

Kurtyny odzwierciedlają zwierzęcy kwartet z rzeźby Kozyry i wskazują newralgiczne momenty życia prywatnego i zawodowego artystki. Za każdym razem, gdy zasłona opada, w tle zmienia się scenografia, a widzowie słyszą szmery przesuwanych dekoracji. Z artystycznym wybuchem kontrastuje narzędzie do naświetlania zmian nowotworowych – jego mechaniczna obecność tworzy dychotomię między fizycznym cierpieniem a emancypacją poprzez sztukę. Scenografia Nawrot współgra z kostiumami, które nie tyle odtwarzają lata 90., ile je performują. Pstrokaty miszmasz barw, przypadkowe połączenia faktur, tkanin i fasonów oraz pozorny brak spójności przypominają estetyczną rzeczywistość początku transformacji: czas zachwytu kolorami z Zachodu, gdy moda nie nadążała za aspiracjami, a indywidualność brała górę nad stylistyczną harmonią.

Gdy rytm się rwie

Choć uważam spektakl Borczucha za dzieło kompletne, nie mogę pominąć elementu, który mnie wytrącił. Ostatnia scena – aktorzy wchodzący w kompilację narkotyczno-ekstatycznego techno-tańca – sprawia wrażenie dopisanego epilogu. Z jednej strony porywa, z drugiej – bardziej wybija z dotychczasowej narracji. Zamiast domknięcia pojawia się poczucie nadmiaru. Ten finałowy powidok, intensywny, lecz dramaturgicznie mglisty, sprawił, że odejmuję jedną gwiazdkę.

https://stary.pl/pl/

Kategorie:


Cytat Dnia

„Scenografia czasem jest w stylu szkolnych przedstawień (tekturowe elementy zjeżdżające z góry i mocno umowna zmiana plenerów), ale to dobrze, bo realizatorzy nie bali się klasycznego języku teatralnego”

Michał Derkacz o „Lubiewie”, reż. Jędrzej Piaskowski; Wroclawdlastudenta.pl, 26.01.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL