Dlaczego polski teatr milczy wobec współczesnych tragedii – a może to widownia nie chce ich słuchać? Choć na scenach pojawiają się spektakle podejmujące temat wojny, migracji i przemocy, ich odbiór pozostaje znikomy. Czy to kryzys formy, problem doboru tematu – czy może po prostu zmęczenie publiczności? – pisze Wiesław Kowalski.
Już kolejny raz zaczynam od tekstu Tomasza Platy – nie dlatego, by się z nim spierać, ale dlatego, że jego obserwacje wydają mi się trafnym punktem wyjścia do dalszej refleksji o kondycji polskiego teatru.
Tomasz Plata w swoim felietonie postawił tezę, która – przyznaję – rezonuje ze mną bardziej, niżbym chciał. Mówiąc wprost: współczesny teatr w Polsce nie radzi sobie z wielkimi tematami naszych czasów. A może to nie teatr, tylko publiczność odwraca wzrok? Po sezonie spędzonym na oglądaniu spektakli, o których Plata wspomina, mam poczucie nie tyle kryzysu formy, co poważnego pęknięcia między intencją a odbiorem. Ze sceny padają ważne słowa – ale nikt z widowni nie odpowiada.
„The Wall” – mur, który dzieli
„The Wall” z warszawskiego Dramatycznego to projekt ambitny – i potrzebny. Próba ukazania ślepoty Zachodu wobec cierpienia „Innych”, przy całej swojej formalnej nieregularności, niosła duży ładunek emocjonalny i intelektualny. Nie była to może inscenizacja bezbłędna, ale poruszała ważne pytania: o winę, odpowiedzialność, wygodę emocjonalnego dystansu. Mimo to spektakl nie przyciągnął publiczności – nawet w premierowym zestawie pokazów. Czy to kwestia nieumiejętnej promocji? Być może. A może temat wojny, migracji i kolonialnych resentymentów jest dla polskiego widza zbyt daleki, zbyt niewygodny.
Szpecht i margines: kto mówi, a kto słucha
Magda Szpecht działa z determinacją i ogromną świadomością etyczną. Jej praca z materiałami dokumentalnymi dotyczącymi Ukrainy pokazuje nową wrażliwość w polskim teatrze – próbę opowiadania nie za kogoś, ale z kimś. A jednak, jak zauważa Plata, to teatr „z marginesu”. Publiczność? Skromna. Echa medialne? Prawie żadne. Szpecht została doceniona Nagrodą im. Puzyny – i dobrze, bo to wyraz uznania środowiska. Ale środowiskowe uznanie nie buduje żywego dialogu z publicznością.
Iłynczyk – teatr, który trwa tyle, co news
Spektakle na podstawie tekstów Mikity Iłynczyka pojawiły się na fali politycznych zawirowań i zniknęły równie szybko, jak się pojawiły. Media rzuciły na nie światło, ale nie była to artystyczna debata, tylko chwila politycznej sensacji. A przecież Iłynczyk mówi głosem, który warto usłyszeć: o przemocy, o manipulacji, o języku jako narzędziu wojny. Tylko że spektakl nie stał się miejscem kontemplacji, lecz ekranem dla odbicia medialnego szumu.
Gdzie leży problem?
Czy winny jest teatr? Częściowo – tak. Zbyt często mierzy się z wielkimi tematami za pomocą środków hermetycznych, chłodnych, niezrozumiałych dla szerszego grona widzów. Mamy do czynienia z rodzajem „etycznej awangardy” – teatru, który mówi do siebie samego. Z drugiej strony – nie sposób nie zauważyć, że widz także się zmienił. Teatr przestał być miejscem wspólnego przeżywania. W czasach permanentnego kryzysu, wojny w tle, inflacji i lęku egzystencjalnego – wielu nie szuka w teatrze wstrząsu, tylko ucieczki.
A może właśnie o to chodzi?
Może teatr, który mówi o Palestynie, o Donbasie, o żołnierkach na froncie, nie jest w Polsce potrzebny tu i teraz? Może wymaga czasu, powolnego oswajania? Może wciąż pokutuje postromantyczna wizja teatru jako miejsca wewnętrznych rozterek, a nie politycznego rozpoznania? Tyle że – jeśli tak – musimy sobie szczerze odpowiedzieć: czy chcemy teatru, który mówi o świecie, czy teatru, który nas głaszcze?
absolwent Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Słupsku oraz Studia Wokalno-Aktorskiego Danuty Baduszkowej przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Współpracował z wieloma teatrami w Polsce, m.in. Teatrem Polskim w Bydgoszczy. Ma na swoim koncie ponad 60 ról teatralnych. Od roku 2001 zajmuje się krytyką teatralną.