Ta premiera już na starcie była obciążona pewnym fatum – kilkukrotnie przekładana, z zapowiadaną wcześniej reżyserią Igora Gorzkowskiego, ostatecznie trafiła w ręce Magdaleny Gnatowskiej. Gorzkowski, reżyser o dużym doświadczeniu w tworzeniu kameralnych form teatralnych, mógłby wydobyć z tekstu Marie Jones sporo niuansów i napięcia. Gnatowska wzięła na siebie materiał balansujący między komedią społeczną a czarnym humorem o zacięciu kryminalnym.
Już samo przeniesienie spektaklu na Małą Scenę Teatru im. Juliusza Osterwy zapowiadało coś intrygującego. Przestrzeń, w której toczy się akcja, została zaaranżowana z widocznymi śladami techniki kryminalnej – taśmami zabezpieczającymi, znacznikami, detalami przypominającymi scenę dochodzenia. Wszystko to sugerowało teatralny thriller. Niestety, intryga, którą tak dobrze rozpoczęto, nie znalazła rozwinięcia. Reżyserka – jakby nie mogła się zdecydować – waha się między farsą a realistyczną komedią społeczną.
Sztuka Marie Jones to opowieść o dwóch opiekunkach społecznych, których podopieczny umiera podczas ich wizyty. To zdarzenie uruchamia ciąg moralnie wątpliwych decyzji – pomysł, by nie zgłaszać śmierci od razu i „pożyczyć” pieniądze z emerytury, przeradza się w groteskową lawinę konsekwencji.
W lubelskiej inscenizacji ten moralny rdzeń został zachowany, lecz Magdalena Gnatowska przeniosła akcję w dobrze znane polskie realia, a konkretnie do Lublina, na ul. Księżycową. Dwie aktorki – Magdalena Sztejman jako Dorota, starsza, doświadczona kobieta, typowa „matka Polka” z siatkami i zakupami, oraz Hanka Brulińska jako Eliza, młodsza, rezolutna miłośniczka różu, tandetnych dresów, sztucznych rzęs, doczepianych włosów i tipsów – odtwarzają swoje postaci w konwencji wyrazistych kontrastów. Zabieg ten mógłby być celny, gdyby prowadził do konfrontacji światopoglądów, lecz na scenie zamienia się w serię niezbyt zgrabnych oświadczeń i dialogów, w których nie wybrzmiewa ani napięcie, ani humor. Dialogi, które w zamierzeniu miały być zabawne, nie śmieszą. Próby wejścia w ton farsowy – przerywane krótkimi fragmentami muzyki i zmianami świateł – sprawiają, że spektakl przypomina odczytanie tekstu scena po scenie.
Zaletą pozostaje zwięzłość formy – przedstawienie trwa nieco ponad godzinę, co w tym wypadku działa na jego korzyść. W premierowej obsadzie jednak widoczny był brak pewności rytmu i drobne potknięcia. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że aktorki nie zdążyły jeszcze zbudować w pełni wiarygodnej relacji.
„Fly Me to the Moon” miało być ironiczną przypowieścią o moralnych kompromisach wpisanych w codzienność – o kobietach, które próbują utrzymać się na powierzchni, balansując między potrzebą uczciwości a pokusą łatwego zysku. Tymczasem stało się teatralnym twardym lądowaniem. Nie jest to spektakl, który zabiera widza „na Księżyc” – raczej sprowadza go na ziemię, przypominając, że marzenia o dobrej komedii w zderzeniu z codziennością potrafią się roztrzaskać.
https://www.teatrosterwy.pl/pl,0,s206,d239,fly_me_to_the_moon.html