Wieczór premierowy Polskiego Baletu Narodowego okazał się świętem tańca w najczystszej postaci – wieczorem, w którym trzy odmienne choreograficzne języki spotkały się z trzema odrębnymi muzycznymi światami romantyzmu. To niezwykle rzadkie, by w jednej inscenizacji można było zobaczyć tak klarowne kontrasty między sposobami myślenia o ruchu, dramaturgii i relacji ciała z muzyką. A jeszcze rzadsze – by wszystkie te kontrasty stworzyły harmonijną całość o tak wysokiej klasie artystycznej.
Beethoven i monumentalna architektura ruchu – Toer van Schayk, „Siódma symfonia”
Wieczór otworzyła choreografia Toera van Schayka – czysta forma, precyzja, idealna synchronia, która wynika nie tylko z dyscypliny tancerzy, ale z samej struktury dzieła. Van Schayk pracuje z Beethovenem inaczej niż większość twórców: nie ilustracyjnie, lecz konstrukcyjnie. Każdy gest jest tu elementem większej architektonicznej układanki. Choreografia nie opowiada historii, lecz buduje przestrzeń dla muzyki, pozwalając jej rozbrzmiewać w ruchu tak samo potężnie jak w orkiestrze Patricka Fournilliera.
W tej części wieczoru najbardziej urzekało połączenie surowej scenografii z ruchem o matematycznej czystości. Van Schayk myśli przestrzennie – linie, spirale, sekwencje kanoniczne przenoszą ciężar VII Symfonii z poziomu „apoteozy tańca” na poziom „apoteozy wspólnoty”. To taniec, który nie istnieje bez grupy. Energia przepływa między tancerzami jak prąd, a dramaturgia wynika przede wszystkim z rytmicznych napięć beethovenowskiego idiomu. Nie ma tu gestów przypadkowych – wszystko jest podporządkowane logice muzyki, a jednocześnie nigdy jej nie dubluje. Czystość formy pozostaje znakiem rozpoznawczym holenderskiej szkoły, którą van Schayk reprezentuje z rzadką elegancją.
Chopin w cieniu krzeseł – Edward Clug, „Ssss…”
Po monumentalizmie Beethovena świat Edwarda Cluga wydaje się niemal szeptem. Ale to właśnie ta radykalna zmiana skali odsłania jego choreograficzną strategię: redukcję. Clug świadomie usuwa wszystko, co zbędne. Jego minimalizm nie jest ascetyczny w sensie formalnym, lecz emocjonalnym – każdy ruch jest nośnikiem wewnętrznego napięcia, a niewielka liczba środków paradoksalnie potęguje intensywność przekazu.
Krzesła obecne na scenie tworzą konfiguracje przypominające układy ludzkich zależności: przyciąganie, odpychanie, samotność i przynależność. To nie dekoracja, lecz partytura przestrzenna, która współistnieje z Chopinem – jego nocną melancholią, niepokojem, pulsującą w tle czułością.
Największą różnicą w stosunku do van Schayka jest sposób pracy z muzyką. U Cluga ruch nigdy nie ilustruje. Jest partnerem w dialogu. Czasem podąża za frazą, częściej ją kontrapunktuje. W nokturnach Chopina choreograf znalazł nie tyle lirykę, ile ambiwalencję – i z tej ambiwalencji tworzy dramat sześciu tancerzy, którzy dzielą jedną przestrzeń, ale niekoniecznie wspólne doświadczenie.
Obsada – trzy kobiety i trzech mężczyzn – pozwala na nieustanne przetasowanie relacji. Zmieniają się duety, tria, formacje przejściowe. Ruch jest miękki, organiczny, ale podszyty napięciem; momentami ciężki, momentami jakby rozpuszczony w powietrzu. To taniec zawieszenia – emocjonalna walka między pragnieniem bliskości a niemożnością jej osiągnięcia. A finał, samotna sylwetka tancerki w milczeniu, wybrzmiał jak ostatni akord nokturnu, który nie potrzebuje domknięcia.
Bizet i ekstaza klasyki – George Balanchine, „Symphony in C”
Balanchine zamyka wieczór w sposób absolutnie oszałamiający. Ta choreografia, stworzona do młodzieńczej Symfonii C-dur Bizeta, jest pokazem czystej wirtuozerii – nie tylko technicznej, ale przede wszystkim formalnej. W przeciwieństwie do minimalistycznego podejścia Cluga i rzeźbiarskiej konstrukcji van Schayka, Balanchine proponuje taniec jako czysty żywioł formy i rytmu.
Tu muzyka nie jest przewodnikiem, ale siłą napędową. Tancerze nie tyle odpowiadają na Bizeta, ile współtworzą z nim eksplozję energii. Białe tutus, czarne trykoty, geometryczne formacje – wszystko pulsuje w tempie, które wydaje się nieosiągalne. To popis możliwości zespołu, który uniósł tę partyturę choreograficzną z imponującą precyzją.
Finał – 48-osobowy ansambl w idealnej synchronii – przypomina, dlaczego Balanchine pozostaje niekwestionowanym mistrzem klasycyzmu XX wieku. To nie choreografia, to żywy organizm. Energia była tak potężna, że publiczność niemal wstrzymywała oddech.
Trzy światy, trzy strategie, jeden wieczór
Van Schayk oferuje konstrukcję i monumentalizm, Clug – emocjonalny minimalizm i dialog z muzyką, Balanchine – klarowną ekstazę klasycznego idiomu. Wszystkie trzy części wieczoru prezentują odmienne podejścia do muzyki: Beethoven jako rytmiczna architektura, Chopin jako intymna przestrzeń emocji, Bizet jako blask i wirtuozeria. Polski Balet Narodowy pokazał się tu od strony absolutnie mistrzowskiej: zdyscyplinowany w Beethovena, wrażliwy w Chopinie, brawurowy w Bizecie.
„Symfonia tańca” to nie tylko pokaz siły zespołu. To rozmowa o tym, czym taniec może być dzisiaj: architekturą, emocją i czystą radością ruchu. Trzy choreografie, trzy światy, trzy drogi prowadzące do jednego wniosku: taniec nie potrzebuje słów, by mówić najwięcej. To był wieczór na najwyższym poziomie – i jedno z najpiękniejszych spotkań muzyki z tańcem.
https://teatrwielki.pl/teatr/polski-balet-narodowy/