Oglądając „Trzask Prask” w TR Warszawa, czułem się, jakbym trafił do dwóch zupełnie różnych światów. Jeden był pełen hałasu, niepokoju, emocjonalnego rozedrgania i znaczeń, które jakby zapomniały się ujawnić. Drugi – czuły, oszczędny, zaskakująco dojrzały. Na szczęście między nimi nie było antraktu, więc nie wyszedłem.
Spektakl Krzysztofa Zyguckiego, zrealizowany w ramach „Debiutu TR”, wywołał reakcje, które same mogłyby posłużyć za materiał dramaturgiczny. Od pełnych zachwytu recenzji po surowe zarzuty o brak reżyserskiego kręgosłupa i chaotyczny kolaż. Po premierze „Trzasku Prasku” pojawiło się kilka skrajnie różnych opinii – od dezorientacji i rozczarowania po entuzjastyczne peany. Te głosy nie tylko pokazują, jak różnorodnie można odbierać teatr, ale same w sobie stają się częścią przedstawienia. Dopisały do niego własny epilog.
Czy to zatem kwestia pokoleniowa? Czy spektakl mówi językiem tak silnie zakorzenionym w kodach Gen Z, że bez kulturowego GPS-a łatwo się zgubić? A może to strategia reżyserska – próba opowiedzenia młodości przez formę, która sama jest młoda: poszarpana, pełna prób i błędów, często niedokończona, ale autentyczna w swoim niepokoju?
Pierwsza część przedstawienia to formalny chaos – tak twierdzą niektórzy. Poczucie dryfu, nieczytelnych motywacji, postaci jakby wyrwanych z komiksowego labiryntu, sceny zanurzone w estetyce pop-trashu. „Kino drogi”, ale z urwanym scenariuszem. Dla jednych – celowe rozedrganie, dla innych – zwykłe pogubienie. Niektórzy zarzucali, że bez znajomości prozy Górniaka nie da się przez tę część spektaklu przebrnąć bez poczucia zagubienia. Inni widzieli w tym autentyczny portret depresji – z jej mętnym rytmem, powtarzalnością, wewnętrznym hałasem i ciągłym poczuciem uwięzienia.
Druga część przynosi wyraźną zmianę tonu. Tutaj spektakl zaczyna oddychać – robi się cicho, intymnie, relacyjnie. Widzowie dają się porwać historii Nomadki i Strażaka, rozgrywającej się w rytmie zapiekanek, basenów, niepewnych spojrzeń i onirycznych rozmów o miłości. Pojawia się wzruszenie. Współczucie. Śmiech. I coś jeszcze – zaufanie do tego, że teatr nie musi krzyczeć, by coś powiedzieć.
Być może właśnie to rozdwojenie jest kluczem do zrozumienia fenomenu „Trzasku Prasku”. Dla jednych – tekst pozbawiony reżyserskiego kompasu. Dla drugich – generacyjny manifest ucieczki od linearności, przyczynowości, logiki narracyjnej w stronę emocji, energii, obecności.
To teatr, który nie chce być uniwersalny – chce być czyjś. I nie każdy musi się w nim odnaleźć. Ale może właśnie w tej selektywności tkwi jego siła?
Pewne jest jedno: ten spektakl nie pozostawia obojętnym. A o ilu nowych przedstawieniach można to dziś powiedzieć?
https://trwarszawa.pl/