Truman Capote na scenie życia
O książce „Kobiety Capotego” Laurence’a Leamera, wydanej przez Wydawnictwo Znak, pisze Wiesław Kowalski
Laurence Leamer w swojej książce Kobiety Capotego oferuje czytelnikowi nie tylko bogato udokumentowany reportaż o amerykańskiej socjecie lat 50. i 60., ale także intymne studium pewnej obsesji – opowieść o mężczyźnie, który za wszelką cenę pragnął należeć do świata, który jednocześnie go fascynował i odrzucał. To opowieść, która układa się w dramat o wielu warstwach – zarazem osobisty, społeczny i artystyczny.
Truman Capote wyłania się z tej książki niczym postać tragiczna – ktoś, kto uwierzył, że jego intelekt, charyzma i talent wystarczą, by pokonać granice społeczne i emocjonalne. W klasycznym dramacie taka postać zmierza ku katastrofie napędzanej przez własną pychę – i tutaj ten mechanizm działa niemal podręcznikowo. Capote miał ambicję stworzenia swojego opus magnum – książki Wysłuchane modlitwy, która miała być nie tylko ukoronowaniem jego kariery, ale też aktem symbolicznej zemsty i triumfu. Pisząc o swoich przyjaciółkach – tak zwanych „łabędzicach” – przekroczył jednak granicę: zdradził ich zaufanie i sam doprowadził do własnego upadku.
Capote zdaje się ucieleśniać teatralność – nie tylko jako artysta, ale jako człowiek, który uczynił z życia przedstawienie. Jego sposób bycia – egzaltowany, barwny, przepełniony dbałością o efekt – przypominał wyrafinowaną sceniczność. W świecie nowojorskich elit był jednocześnie aktorem i reżyserem, narratorem i postacią dramatu. Wydaje się, że jedyną rolą, jaką odgrywał konsekwentnie, była rola „Trumana Capotego” – postaci starannie zbudowanej, by zdobywać uwagę i wpływy. Ale jak w każdej roli zbyt długo granej, zaczęła ona w końcu więzić i unieważniać jego autentyczność.
Łabędzice Capotego – Barbara „Babe” Paley, Gloria Guinness, Marella Agnelli, Pamela Harriman, Lee Radziwiłł i inne – ukazane są nie tylko jako ikony stylu, ale także jako kobiety uwikłane w społeczny spektakl, w którym liczy się przede wszystkim wizerunek. Ich życie przypomina dramat salonowy – błyszczący z wierzchu, ale podszyty lękiem, samotnością i koniecznością ciągłego odgrywania siebie. Truman był dla nich powiernikiem, ale też reżyserem – zachęcał je do szczerości, by potem ich zwierzenia stały się materiałem literackim. Gdyby spojrzeć na całość jak na sztukę teatralną, osią konfliktu byłaby właśnie jego relacja z „łabędzicami” – bliska, ale podszyta zdradą.
To właśnie moment, w którym Capote publikuje fragmenty Wysłuchanych modlitw w „Esquire”, stanowi dramaturgiczny przełom – złamanie czwartej ściany. Iluzja intymności zostaje rozbita, prywatność wystawiona na widok publiczny, a sam autor staje się kimś w rodzaju tragicznego klauna – uwikłanego w własną grę.
Świat opisany przez Leamera – pełen pałaców, jachtów, podróży, wystawnych kolacji – przypomina misterną dekorację. Jest olśniewający, ale też przesycony melancholią. To estetyka dekadencji, w duchu późnych sztuk Wilde’a czy oper Pucciniego – zachwyca, ale równocześnie przytłacza swoim ciężarem.
Na tym tle szczególnie wyraźnie rysuje się dramat osobisty Capotego – chłopca porzuconego przez matkę, niespełnionego i niespokojnego, który całe życie starał się być „kimś”, by zasłużyć na miłość i akceptację. Jego orientacja seksualna – w tamtym czasie społecznie stygmatyzowana – czyniła go bardziej akceptowalnym w kobiecym towarzystwie, ale jednocześnie pogłębiała jego samotność. Szukał bliskości tam, gdzie mógł być tylko maskotką, powiernikiem – nigdy partnerem.
Styl Leamera jest przystępny, barwny, czasem zbyt rozbudowany – zdarzają się powtórzenia, momenty nieco chaotyczne, a niektóre interpretacje wymagają krytycznego dystansu. Niemniej książka jako całość broni się – zarówno ze względu na pasjonujący materiał, jak i konsekwentnie zbudowaną atmosferę. To solidnie skonstruowana narracja – nieco zbyt romansowa dla miłośników surowego reportażu, ale idealna dla tych, którzy chcą zajrzeć za kulisy świata luksusu, sławy i upadku.
fot. Wydawnictwo Znak