Są aktorki, których biografia sceniczna układa się w wyraźne rozdziały. U Ewy Kasprzyk ten pierwszy – gdański, wybrzeżowy – pozostaje dla mnie najważniejszy. Może dlatego, że widziałem go niemal od początku, kiedy świeżo po szkole weszła do zespołu Teatru Wybrzeże i bardzo szybko stało się jasne, że nie jest to aktorka „na jedną nutę”, ani tym bardziej jednego emploi.
Pamiętam ją jeszcze z „Reportażu z pop-festiwalu” Tibora Déry’ego – rola niewielka, ale już wtedy uderzała jej obecność: fizyczna, wyrazista, trochę na przekór teatralnym konwencjom początku lat osiemdziesiątych. Nie grała „młodej aktorki”, która dopiero prosi się o uwagę. Raczej od razu brała ją w posiadanie.
W Teatrze Wybrzeże Kasprzyk szybko zaczęła budować role dramatyczne, w których siła nie brała się z efektowności, lecz z napięcia wewnętrznego. Greta w „Pułapce” Różewicza – do dziś uważam tę rolę za jedną z jej najważniejszych. Była w niej surowość, ale i kruchość; coś, co sprawiało, że postać nie była ani figurą symboliczną, ani psychologicznym studium wprost. Raczej kimś pomiędzy – i właśnie to „pomiędzy” było najbardziej przejmujące.
Podobnie w „Parku” Botho Straussa, gdzie jej Tytania nie była dekoracyjną figurą z literackiego snu, lecz kobietą zanurzoną w niepokoju współczesności. To była rola bardzo cielesna, osadzona w rytmie sceny, reagująca na partnerów i przestrzeń. Kasprzyk zawsze miała wyjątkowe wyczucie zespołu – nawet grając wyraźnie pierwszoplanowo, nie wypychała innych z kadru.
W spektaklach Babickiego – „Biesach”, „Trzech siostrach”, „Wynalazku miłości” – uderzała jej umiejętność grania postaci, które nie domagają się sympatii widza. Jej Olga u Czechowa nie była „dobrą siostrą” w sentymentalnym sensie. Była kobietą zmęczoną, twardą, czasem nieprzyjemną – i właśnie przez to prawdziwą. Kasprzyk nigdy nie bała się ról, które odsłaniają pęknięcia, frustracje, rozczarowania.
Osobnym doświadczeniem było „Dwoje na huśtawce” w reżyserii Barbary Sass. Tam jej gra była oszczędniejsza, bardziej skupiona, oparta na relacji i rytmie dialogu. Bez nadmiaru emocjonalnych ozdobników, za to z precyzyjną pracą na pauzach, spojrzeniach, drobnych zmianach tonu. To była rola, która pokazywała, jak świadomie potrafi operować minimalizmem.
Kiedy po latach Kasprzyk stała się dla szerokiej publiczności przede wszystkim aktorką komediową i serialową, miałem wrażenie, że gdzieś ginie pamięć o tamtym etapie jej drogi. A przecież to właśnie Wybrzeże było miejscem, w którym wykuwał się jej sceniczny temperament: mocny, nieoczywisty, niekiedy szorstki. Nawet późniejsze role w Teatrze Kwadrat czy Polonii – od farsowych po dramatyczne, jak Marta w „Kto się boi Virginii Woolf?” – niosą w sobie echo tamtej szkoły grania: bez kokieterii, bez ucieczki w łatwy efekt.
Dziś, w dniu urodzin Ewy Kasprzyk, myślę o niej przede wszystkim jako o aktorce teatru – takiej, która potrafiła być w centrum uwagi, nie tracąc zespołowego myślenia, i która przez lata konsekwentnie budowała własny język sceniczny. Język, który zaczynał się właśnie tam: na scenach Teatru Wybrzeże, w rolach, które do dziś pozostają żywe w pamięci widza.
https://www.teatrpolonia.pl/event-data/2500/kto-sie-boi-virginii-woolf
https://www.teatrgudejko.pl/spektakle/berek-czyli-upior-w-moherze/