Technika podwiązki porządkuje wspomnienia aktorskiej bogini
fot. Martyna Niećko / Teatr Atelier Sopot
fot. Martyna Niećko / Teatr Atelier Sopot
O spektaklu „Szary Anioł” Moritza Rinkego w reżyserii André Hübnera-Ochodlo w sopockim Teatrze Atelier im. Agnieszki Osieckiej pisze Anna Czajkowska.
W sopockim Teatrze Atelier 32. edycję Lata Teatralnego inauguruje najnowsza wersja spektaklu Szary anioł. W 2001 roku odbyła się pamiętna premiera dramatu Moritza Rinkego, a w roli Marleny Dietrich wystąpiła Joanna Bogacka, która ze swej kreacji uczyniła prawdziwe arcydzieło. Po dwudziestu czterech latach André Hübner-Ochodlo postanowił powrócić do Szarego anioła, ale nie w formie powtórki. Reżyser w specyficzny sposób kontynuuje opowieść o ostatnich chwilach jednej z najbardziej olśniewających gwiazd XX wieku, mówiąc o odchodzeniu, pasji, perfekcjonizmie i fanatycznym aktorstwie.
Na scenie spotykają się trzy wybitne osobowości: Katarzyna Figura, Marlene Dietrich i Joanna Bogacka. Nie dosłownie, rzecz jasna. Niezapomniany występ Joanny Bogackiej został zarejestrowany i reżyser wyświetla go na ekranie w tle — jej duch wciąż krąży nad tym przedstawieniem.
Marlene Dietrich — Katarzyna Figura — siedzi samotnie na wózku inwalidzkim, a jej jedynym słuchaczem jest pomiatany, niemy fan Konstantin (Adam Machalica). Bohaterka porządkuje wspomnienia przy użyciu techniki podwiązki, układając listę niezliczonych kochanków (wśród nich takie gwiazdy jak Jean Gabin czy Clark Gable). Katarzyna Figura, w roli Błękitnego Anioła, który stracił już swe skrzydła, ale boskość zachowuje nadal, wygłasza monolog. Pełna goryczy, lęku przed starzeniem i brzydotą, raz bywa drażliwa i protekcjonalna, innym razem zalotna i urocza. Figura oddaje jej charakter z ogromną wrażliwością, grając równocześnie siebie — aktorkę uczącą się roli. Wsłuchuje się w słowa Joanny Bogackiej i wciela w cierpiącą, schorowaną Dietrich. Zyskana sława każe jej świadomie separować się od świata — nie chce utracić pozycji hollywoodzkiej gwiazdy i wampa. Wciąż władcza, pomiata bez skrupułów zapatrzonym w nią Konstantinem — osobistym sekretarzem, oddanym służącym i pielęgniarzem, który prawdopodobnie nigdy jej nie opuści.
Dramaturgia tej sztuki płynie dwoma nurtami. Pierwszy to spektakl Bogackiej, który widz obserwuje na ekranie, drugi — rzeczywiste wydarzenia sceniczne. Konsekwencją takiej konstrukcji jest metateatralność oraz wyostrzony obraz aktorskiego fanatyzmu i profesjonalizmu. Przedstawienie ma bardzo kameralny, wręcz intymny charakter, pozbawiony zbędnych fajerwerków.
Spektakl miewa momenty mroczne, ale też żartobliwe — z odrobiną kabaretu, grą na temat płci i roli, ciętym dowcipem oraz groteskowym sarkazmem. Mimo to w kreacji Katarzyny Figury dominują smutek i refleksja. Warto zwrócić uwagę na milczącego, a jakże ujmującego młodego aktora w roli ostatniego fana aktorskiej bogini. Adam Machalica swobodnie radzi sobie z grą, partnerując tak doświadczonej artystce.
Odpowiednia scenografia i zaskakujące zakończenie są dodatkowymi, efektownymi ozdobnikami tej subtelnej układanki ze wspomnień. Dietrich wiedziała, że nawet największa sprawność zawodowa nie zapewnia nieśmiertelności — pamięć blednie i zamiera. Legenda natomiast trwa. Dlatego tak mozolnie ją budowała. Odtwórczynie roli boskiej Marlene podążały i nadal podążają jej śladami, wedle własnych pomysłów układając kolejne legendy.