Teatralna scena polityczna
fot. TdW
fot. TdW
Konkursy na dyrektorów teatrów w Polsce coraz częściej stają się sceną politycznych rozgrywek zamiast przestrzenią merytorycznej oceny kandydatów. Brakuje przejrzystości, zaufania i realnego wpływu środowisk twórczych – pisze Wiesław Kowalski.
W ostatnich miesiącach procedury konkursowe na stanowiska dyrektorów teatrów w Polsce stają się areną publicznych sporów, kontrowersji i oskarżeń o upolitycznienie. Od Kielc po Warszawę, od Krakowa po Wrocław – instytucje kultury, które powinny być ostoją artystycznej niezależności, coraz częściej zamieniają się w pole walki politycznej. Artystyczne wizje i kompetencje schodzą na dalszy plan, a najważniejszym kryterium wyboru zdaje się być lojalność – niekoniecznie wobec widowni.
Dość wspomnieć przykład Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Choć komisja konkursowa zarekomendowała Jacka Jabrzyka (5 głosów do 4) – uznanego reżysera i doświadczonego menedżera kultury – organizatorzy, powołując się na oficjalnie złożone dwie skargi, unieważnili procedurę i ogłosili nowy konkurs. Ta decyzja, nie dla wszystkich formalnie dopuszczalna, została odebrana przez środowisko teatralne jako niepokojący sygnał: merytoryczne rekomendacje komisji mogą zostać zignorowane. W Teatrze Polskim we Wrocławiu z kolei, przeciągający się brak decyzji wywołuje frustrację wśród zespołu i obawy o przyszłość instytucji.
W placówkach podległych Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego – takich jak Teatr Narodowy czy Teatr Wielki – Opera Narodowa – konkursy ogłasza się w formule zamkniętej, z ograniczonym dostępem do informacji publicznej. Przebieg postępowania, skład komisji i kryteria oceny często pozostają niejasne. To rodzi pytania o transparentność oraz o możliwość obywatelskiego nadzoru nad tymi procesami.
I tak jest już od wielu lat, że konkursy w teatrach w Polsce często służą jedynie potwierdzeniu wcześniej podjętych decyzji, że władza samorządowa tudzież państwowa, jakoby wsłuchana w głos środowiska, w rzeczywistości podejmuje decyzje arbitralne, często zasłaniając się proceduralnym parawanem. Brak przejrzystości i jawności powoduje erozję zaufania do całego systemu, a teatr staje się po prostu zakładnikiem polityki i układów, zamiast przestrzenią wolnej myśli i twórczości.
A przecież konkurs – przynajmniej w założeniu – powinien być narzędziem demokratyzacji procesu wyboru: otwartym, przejrzystym, nakierowanym na znalezienie najlepszego kandydata, w oparciu o doświadczenie, koncepcję programową i kompetencje. W praktyce bywa jednak fasadowy – stanowi jedynie formalny rytuał mający legitymizować decyzje polityczne. Albo – przeciwnie – kończy się bez rozstrzygnięcia, co tylko pogłębia chaos i niepewność, również finansową.
Nie chodzi o to, by całkowicie eliminować udział przedstawicieli administracji publicznej – instytucje kultury są przecież finansowane z pieniędzy publicznych. Kluczowe jednak, by nadzór nie przekształcał się w kontrolę artystycznej tożsamości instytucji. Rolą samorządów i ministerstwa jest tworzenie warunków do rozwoju sztuki – nie narzucanie jej treści. To widzowie powinni być głównym recenzentem działań teatru.
Jak usprawnić procedury konkursowe?
Bo teatr – dramatyczny, muzyczny, eksperymentalny – musi być przestrzenią wolności i dialogu, a nie kolejnym narzędziem propagandy czy ideologicznego starcia.
Jeśli chcemy, by polska kultura rozwijała się w duchu nowoczesności, otwartości i profesjonalizmu, musimy zacząć od podstaw: od uczciwego, przejrzystego i merytorycznego sposobu wybierania jej liderów – a nie od mechanizmów „namaszczenia” przez jedną czy drugą stronę politycznego sporu. Przypomnijmy sobie, co pisał Arystofanes: teatr istnieje po to, by czynić widza lepszym.
Warto o tym pomyśleć właśnie teraz – przed kolejnymi konkursami: w Gdyni, Radomiu, Lublinie. To one będą kolejnym testem dla dojrzałości instytucji publicznych i szacunku dla środowiska artystycznego, a przede wszystkim społeczeństwa!