Teatr w ruchu – między tradycją a eksperymentem
Z Agnieszką Charkot, dyrektorką naczelną Wrocławskiego Teatru Pantomimy, rozmawia Wiesław Kowalski.
fot. Natalia Kabanow




Z Agnieszką Charkot, dyrektorką naczelną Wrocławskiego Teatru Pantomimy, rozmawia Wiesław Kowalski.
fot. Natalia Kabanow
Agnieszka Charkot, dyrektorka WTP, opowiada o teatrze, w którym tradycja spotyka się z eksperymentem, a ruch staje się językiem opowiadania o świecie. W rozmowie przyglądamy się procesowi twórczemu, współpracy z reżyserami i roli widza w kształtowaniu repertuaru. Poruszamy także wyzwania stojące przed teatrem w XXI wieku – od potrzeby własnej sceny po balansowanie między budżetem a ambicjami artystycznymi. To opowieść o instytucji, która nie boi się ryzyka, szuka nowych form, angażuje widza i konsekwentnie rozwija potencjał pantomimy jako środka wyrazu.
W.K.: Jak podsumowałaby Pani ten rok w Wrocławskim Teatrze Pantomimy pod kątem artystycznym, organizacyjnym i społecznym?
A.Ch.: To był rok wychodzenia ze strefy komfortu. Sięgaliśmy po nowe środki wyrazu; powiedziałabym, że rozszczelnialiśmy ramy tworzenia i sposobu odbioru przedstawienia teatralnego, szczególnie we „French Open” (reż. Cezary Tomaszewski), gdzie sięgnęliśmy po eksperymentalne formy włączania widzów w nasze działania. Z kolei przy Konkursie na Debiut Reżyserski daliśmy widzom realny wpływ na kształt naszego repertuaru. Atmosfera twórcza jest intensywna – przygotowujemy w każdym roku cztery premiery, czyli o trzy więcej niż jeszcze kilka lat temu. Nie odbyłoby się to bez rewizji budżetu, ponieważ on cudownie się nie rozmnożył i nie stać nas nagle na więcej.
To był pierwszy rok funkcjonowania według nowego regulaminu pracy, który w tym teatrze nie był zmieniany od kilkunastu lat. Przyglądam się schematowi organizacyjnemu teatru, ponieważ mimo że trzy lata temu był on modyfikowany i dostosowywany do specyfiki naszej działalności, wciąż widzę, że struktura nie nadąża za dynamiką pracy twórczej.
Szukam rozwiązania, które pozwoli nam stworzyć bardziej elastyczną strukturę i sprawniej odnajdywać się w procesie pracy nad premierą.
W kwestiach społecznej odpowiedzialności teatru wciąż jesteśmy przekonani, że powinniśmy tworzyć repertuar dla różnych grup odbiorców, o odmiennych potrzebach i oczekiwaniach. Wierzę w teatr humanistyczny, oparty na wartościach. Uruchomiliśmy Dyskusyjny Klub Teatralny i choć spodziewaliśmy się, że to dobry kierunek, byliśmy zaskoczeni dużą frekwencją na tych spotkaniach. Ludzie chcą rozmawiać, chcą zrozumieć – to ogromna wartość. Dbamy także o dostępność naszej oferty: nie podnosimy cen biletów i oferujemy rozbudowany system „płać, ile chcesz”.
Czy w ostatnich dwunastu miesiącach zaszły w teatrze istotne zmiany — w zespole, w sposobie pracy, w relacjach z publicznością lub w sferze finansowej?
Wrocławski Teatr Pantomimy wciąż czeka na najważniejszą zmianę w swojej historii – na własną scenę. To znacząco ogranicza możliwość wystawiania naszych przedstawień. Masz w repertuarze dobre spektakle, a nie możesz ich grać. Ludzie wkładają ogrom energii w proces twórczy, a widzowie nie mają okazji ich zobaczyć – to całkowicie bez sensu. Ktoś może powiedzieć, że możemy grać w przestrzeniach pozateatralnych – i rzeczywiście, takie doświadczenia mieliśmy. To myślenie jest ciekawe jako odskocznia czy chwila ekstrawagancji, ale tylko wtedy, gdy wciąż w tle istnieje poczucie posiadania własnej sceny. Stały, etatowy zespół powinien mieć własną przestrzeń, by rozwijać się planowo i spokojnie. Wtedy można budować silną instytucję i trwałą relację z widzem. Obecnie jesteśmy zależni od podmiotów trzecich i pozostajemy ostatni w kolejce do sceny.
Najistotniejszą zmianą w strukturze teatru było wprowadzenie funkcji producenta. Wcześniej tę rolę pełniłam praktycznie sama, wspierana jedynie przez dział techniczny i inspicjentkę.
W jaki sposób teatr odpowiada dziś na wyzwania związane ze zmieniającą się widownią i jej oczekiwaniami?
Staramy się w każdym sezonie aktywnie włączać widownię w nasze działania, łamiąc teatralne zwyczaje i przyzwyczajenia odbiorcze. Świat zmienia się bardzo szybko, a mody trwają znacznie krócej niż jeszcze kilka lat temu. Pojawia się pytanie: gdzie w tym wszystkim jest miejsce na teatr? Jak zachęcić ludzi, którzy łapią kolejne etaty, do przyjścia do teatru – mimo zmęczenia i atrakcji, jakie daje Netflix?
Staram się tworzyć teatr angażujący na różne sposoby – dostępny, którego kształt widownia może współtworzyć. To nieustający proces obserwacji i wyłapywania potrzeb oraz, w wyniku analizy, podejmowania szybkich zmian i decyzji w trakcie sezonu. W kontakcie z widownią trzeba być dynamicznym. Nie wierzę w twarde planowanie relacji z widzami na kilka lat do przodu; w tej relacji należy być tu i teraz – obserwować, słuchać i od razu reagować.
Uruchomiony w tym roku Dyskusyjny Klub Teatralny frekwencyjnie przerósł nasze oczekiwania.
Na zajęcia w Studio Pantomimy kolejka chętnych jest tak długa, że przy większej przestrzeni i mocy moglibyśmy uruchomić kilka grup. W Konkursie na debiut reżyserski widzom oddaliśmy prawo do decyzji, która osoba z trójki finalistów zrealizuje premierowe przedstawienie.
Badamy otwartość widzów na zmiany nie poprzez ankiety, lecz poprzez realne działania. We „French Open” stosujemy zasady obowiązujące na korcie, a nie w teatrze: widzowie mogą wchodzić i wychodzić w dowolnym momencie, robić zdjęcia, kibicować zawodniczkom, a nawet jeść.
Jak ocenia Pani znaczenie pantomimy i teatru ruchu we współczesnej kulturze — czy ich rola ewoluuje?
To jak z modami – pojawiają się, znikają i wracają. Obserwuję, jak teatr dramatyczny znudził się pewnymi formami i narracjami, jak wierci się w miejscu. I wtedy przychodzi pantomima – błyskotka ze zgranym, fajnym zespołem, taka nowa „zabaweczka”, która może dać niektórym znowu frajdę z teatru. Za jakiś czas moda na pantomimę minie i wtedy stanie przed nami najważniejsze wyzwanie jako zespołu. To nas zweryfikuje. Bo nie sukcesy weryfikują nas najbardziej – najwięcej mówi o nas to, jak reagujemy na porażki. To jeszcze przed nami.
W aspekcie artystycznym bawimy się samą techniką pantomimy. Pozwala nam to ewoluować tę konwencję teatralną, rozwijać ją, sprawdzać jej atrakcyjność i upewniać się, czy wciąż pozostaje ciekawym i pojemnym środkiem wyrazu do opowiadania o świecie.
Podstawą programowania Wrocławskiego Teatru Pantomimy są dla mnie słowa Henryka Tomaszewskiego, który mówił, że pantomimie bliżej jest do teatru dramatycznego niż do tańca. Historię i anegdotę traktuję jako kluczowy element tej sztuki teatralnej.
Które z tegorocznych premier i wydarzeń uważa Pani za szczególnie ważne lub przełomowe dla teatru?
Zaczęliśmy od premiery przedstawienia „Moby Dick” w reżyserii Jakuba Zalasy – laureata konkursu na debiut reżyserski w pantomimie. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ponieważ takie konkursy pojawiają się w różnych teatrach, ale laureat naszego konkursu został wybrany przez widzów podczas głosowania nad trzema propozycjami różnych twórców. To dla nas ważny krok – realne włączenie widowni w kształtowanie instytucji i jej repertuaru.
Kolejnym, największym wyzwaniem była premiera „French Open” – teatralna rekonstrukcja meczu pomiędzy Igą Świątek a Naomi Osaką w reżyserii Cezarego Tomaszewskiego. Można nazwać to przedstawienie teatralną instalacją. Premiera wykracza daleko poza ramy tradycyjnego repertuarowego teatru. Również rola widzów była tu znacząca, ponieważ współtworzyli oni energię widowiska. Odgrywali rolę widzów, ale byli zachęcani do przekraczania tradycyjnego sposobu obecności w teatrze: mogli wychodzić i wracać na widownię, głośno dopingować zawodniczki, jeść, pić i robić zdjęcia.
To przedstawienie było także wyzwaniem dla zespołu aktorskiego, który podjął się precyzyjnego odtworzenia ponad trzygodzinnego meczu tenisowego, bez skrótów. Zespół Pantomimy pokazał niezwykłą siłę i umiejętności, którymi nie dysponuje żaden inny zespół; udowodnił swoją klasę i gotowość do podejmowania artystycznego ryzyka.
Bez ryzyka teatr nie rezonuje i nie walczy o uwagę nowej widowni. Teatr nie jest od podobania się i przyklaskiwania – jest od poruszania i nauki krytycznego myślenia, którego często nam brakuje.
Wierzę w teatr, który nie boi się zaczepiać widza, puszczać do niego oka. Jednocześnie, planując repertuar i premiery w danym sezonie, zawsze myślę szeroko o naszej widowni. Ryzyko jest ważne, ale czasami po prostu warto wyjść do teatru i nie konfrontować się wciąż z dramatami, traumą czy wojną.
Dlatego po tenisowym szaleństwie przyszedł czas na „Nowy wspaniały świat” w reżyserii Anny Obszańskiej – przedstawienie, które szeroko korzysta z konwencji pantomimy. To współczesne sięgnięcie do źródeł, łączące pantomimę z filmowymi kadrami i narracją. Rok zamykamy pracą nad premierą „Złych baśni” w reżyserii Marcina Libera, która odbędzie się 9 stycznia 2026.
Jak wygląda proces wyboru tematów i form na kolejny sezon — co jest dla Państwa najważniejszą inspiracją?
Najważniejszą inspiracją jest potencjał ruchowy danego tematu lub tekstu kultury oraz wrażliwość reżysera – jego sposób obrazowania i mówienia o świecie. Teatr to dialog, i bardzo interesuje mnie rozmowa, jaka może wywiązać się między zespołem a reżyserem w procesie twórczym. To spotkanie różnych wrażliwości, estetyk i rzeczywistości. Fascynowało mnie to zawsze w pracy aktorskiej i tę perspektywę zabrałam ze sobą do praktyki dyrektorskiej.
Kiedy prowadzę rozmowy z reżyserem lub reżyserką, wymieniamy się wzajemnie inspiracjami. Niektórzy przystępują do tych rozmów z konkretnym pomysłem i nie są skłonni na kompromisy, mocno broniąc swoich artystycznych potrzeb. Mam na to zrozumienie, ponieważ uważam, że teatr publiczny powinien być przestrzenią rozwoju dla reżyserów i miejscem ich poszukiwań artystycznych. Moja rola sprowadza się wtedy do oceny, czy dany temat i proponowana forma są dostosowane do naszego profilu i czy będą ważnym – pod różnymi względami – wydarzeniem dla naszej widowni, a także czy zespół aktorski ma w tej pracy szansę na ciekawe spotkanie.
Mam też swoje tematy-faworyty, które proponuję reżyserom. Nie wszyscy z nich z nich korzystają, ale tak było w przypadku „Ballad i romansów”, inspiracji biografią Wandy Rutkiewicz w „Symfonii alpejskiej”, powieści „Czyż nie dobija się koni?” czy książki „Nowy wspaniały świat”.
Jak zmienia się publiczność Teatru Pantomimy — czy pojawiają się nowe grupy odbiorców, a może zmienia się sposób, w jaki widzowie reagują na spektakle?
Ostatnio, po jednym z przedstawień, zadzwoniła do mnie osoba z zespołu i powiedziała: „Wiesz co, młodnieje nam widownia. Było bardzo dużo młodych osób na sali”. To dla nas zauważalne, ponieważ dotychczas znaczną część widowni stanowiły osoby pamiętające jeszcze przedstawienia Tomaszewskiego. Porównują nas do Mistrza, obserwują, jak się zmieniamy, i albo podążają za tymi propozycjami, albo je całkowicie odrzucają.
Młodzi, którzy przychodzą do nas teraz, nie mają tych doświadczeń kulturowych – często nie wiedzą, kim był Henryk Tomaszewski. Za to przychodzą z ciekawością i pewnymi skojarzeniami na hasło „pantomima”, które my burzymy, wywracamy do góry nogami. Z tego, co obserwuję, są tym zafascynowani. Wracają do nas, przyprowadzają znajomych – to najlepsza recenzja, jaką możemy otrzymać.
Czy teatr planuje rozwijać lub rozszerzać działania edukacyjne, warsztatowe lub projekty eksperymentalne?
W tym roku wróciliśmy do formuły rocznego kształcenia w ramach Studia Pantomimy – autorskiego programu edukacji aktorskiej w zakresie pantomimy zespołowej. To właśnie na tej formie będziemy się w dalszym ciągu koncentrować.
Natomiast rok 2026, który dla nas jest jubileuszem 70-lecia istnienia, planujemy urozmaicić kilkoma projektami eksperymentalnymi. Na ich realizację złożyliśmy wnioski do programów MKiDN. Jeżeli otrzymamy wsparcie, zrealizujemy je w pełnym wymiarze; jeśli nie, będziemy zastanawiać się, jak dostosować nasze zamierzenia do dostępnych środków.
Na ile idea, że „ruch jest środkiem poznania rzeczywistości”, przekłada się dziś na realną praktykę artystyczną teatru? Czy w ostatnich latach pojawiły się nowe kierunki lub inspiracje, które tę zasadę wzbogacają lub modyfikują?
Edukacja artystyczna nie kształci reżyserów teatru pantomimy, dlatego każde nasze spotkanie z reżyserem jest prawdziwym poznawaniem rzeczywistości poprzez ruch i w ruchu. Musimy znaleźć wspólny język do mówienia o ruchu i komunikowania zadań aktorskich.
Proces twórczy zazwyczaj zaczyna się od wzajemnego poznania: zespół aktorski uczy się języka, wrażliwości i estetyki reżysera, a reżyser poznaje pantomimę, nasz ruch i jego zasady. Wymaga to od obu stron otwartości, ciekawości oraz zrozumienia dla „inności” i poszukiwania sposobu, aby ruch stał się najważniejszym środkiem poznania rzeczywistości. Nie oznacza to jednak, że na końcu procesu ruch musi być głównym środkiem wyrazu – nie chodzi o proporcje czy procentową przewagę ruchu nad innymi środkami artystycznymi. Chodzi o specyficzną obecność fizyczną na scenie, gęstość ruchu i pauz, spojrzeń, świadome bycie, które wynika z odbierania rzeczywistości i partnera na scenie całym ciałem, całą fizyczną obecnością.
Obecnie warsztat aktorski zespołu Wrocławskiego Teatru Pantomimy znacząco się rozwinął. Korzystamy z pełnego wachlarza środków wyrazu. Dla mnie jest to aktorstwo totalne.
Jakie wyzwania stoją przed teatrem w nadchodzącym roku — zarówno artystyczne, organizacyjne, jak i finansowe?
Dopiąć jubileusz 70-lecia Wrocławskiego Teatru Pantomimy w ramach posiadanego budżetu. Obecnie stoję przed dylematem – czy przeznaczyć te środki na jubileusz, czy dać podwyżki, aby pracownicy zarabiali więcej niż najniższa krajowa i aby różnica nie wynosiła tylko 200–300 zł.
Jakie są Pani osobiste cele lub marzenia związane z dalszym rozwojem instytucji?
Do końca kadencji realizuję konsekwentnie plan zapisany w mojej aplikacji konkursowej zarówno
w aspekcie artystyczny, jak i organizacyjnym. Marzeniem długoterminowym jest wzmocnienie pozycji teatru na arenie międzynarodowej.
Jak wyobraża sobie Pani przyszłość pantomimy w Polsce — czy widzi Pani potrzebę redefinicji tego gatunku, czy raczej jego umocnienia w klasycznej formie?
Musielibyśmy najpierw zgodzić się na definicję pantomimy według Henryka Tomaszewskiego, a jak wiadomo – unikał on definiowania i spisania metody. I bardzo dobrze wiedział, co robi; takie definiowanie mogłoby zamykać i blokować proces twórczy. Był artystą, tworzył teatr, a z mojej perspektywy najistotniejsze nie są definicje czy redefinicje, lecz kontynuowanie praktyki teatralnej. Tomaszewski mówił: „Roślina, którą zasadziłem, może zacznie rosnąć inaczej, ale z całą pewnością będzie żyła”. Definiowanie zostawiam badaczom, ja wybieram praktykę.
„Scenografia czasem jest w stylu szkolnych przedstawień (tekturowe elementy zjeżdżające z góry i mocno umowna zmiana plenerów), ale to dobrze, bo realizatorzy nie bali się klasycznego języku teatralnego”