Teatr na długim oddechu
Dlaczego jedne spektakle schodzą po kilku pokazach, a inne grane są setki razy? – Wiesław Kowalski przygląda się, co mówi o teatrze i jego widowni fenomen długowiecznych tytułów.
fot. TdW
Dlaczego jedne spektakle schodzą po kilku pokazach, a inne grane są setki razy? – Wiesław Kowalski przygląda się, co mówi o teatrze i jego widowni fenomen długowiecznych tytułów.
fot. TdW
Setki spektakli, pełne sale, repertuar utrzymywany latami – to nie tylko sukces frekwencyjny, ale sygnał, którego teatr nie powinien lekceważyć. Co sprawia, że widz wraca? Dlaczego spektakle progresywne nie osiągają takiej trwałości? I czy to znaczy, że publiczność odrzuca artystyczne eksperymenty? Felieton o tym, co zostaje, a co znika – i dlaczego?
Teatr Ateneum w Warszawie świętuje dziś jubileuszowe, 100. przedstawienie Kwartetu w reżyserii Wojciecha Adamczyka. Będzie zapewne owacja na stojąco, kwiaty, wzruszenie. Publiczność – tłumnie obecna, jak zresztą od samego początku tego spektaklu. Coś w tym jest. Bo Kwartet nie jest ani rewolucyjny, ani awangardowy, ani „trendem sezonu”. To po prostu solidny teatr – dobrze napisany tekst, inteligentna reżyseria, doskonałe aktorstwo i temat, który rezonuje: starość, przemijanie, przyjaźń, pamięć. A przede wszystkim – ludzki ton, który dociera do publiczności. Nie przez krzyk, tylko przez empatię.
Setki spektakli to nie wyjątek. To raczej reguła, którą potwierdzają inne stołeczne sceny: Teatr Kwadrat od dekad utrzymuje w repertuarze komedie i farsy, które potrafią żyć przez kilka sezonów. Teatr Współczesny, mimo artystycznych ambicji, wciąż przyciąga dzięki przystępnej dramaturgii i wybitnym aktorom. Teatr ROMA? Tam setka przedstawień to dopiero rozgrzewka – Piloci, Aida, Mamma Mia!, We Will Rock You – spektakle rozchwytywane jak koncerty ulubionego zespołu.
Ale na tym nie koniec. Po Polsce od lat krążą teatralne hity impresaryjne – nie w złoconych gmachach, lecz w domach kultury, salach widowiskowych, ośrodkach w mniejszych i większych miastach. Tam, gdzie publiczność kupuje bilet nie po lekturze recenzji, ale z polecenia koleżanki z pracy albo mamy. Prym wiedzie tu Klimakterium… i już! Elżbiety Jodłowskiej – komedia, która bawi widzów od kilkunastu lat, doczekała się kontynuacji i zagrana została już kilka tysięcy razy. Bez wsparcia ministerialnych grantów, ale z aplauzem w Żyrardowie, Szczecinku czy Chicago. Agencje jak Tito Productions, Wydział Produkcji, Adria Art czy Gudejko wiedzą, co robią – nie piszą manifestów artystycznych, tylko konstruują spektakle, które trafiają do ludzi. Bo znają widza nie z paneli dyskusyjnych, ale z kolejki po bilet.
I tu pojawia się pytanie: co mówi nam ten triumf długowiecznych spektakli o potrzebach widowni? Czy widzowie odrzucają teatr progresywny, eksperymentalny, konceptualny, który – choć nośny medialnie – rzadko przekracza granicę kilkunastu pokazów?
Nie chodzi o to, by wartościować: progres nie jest „gorszy”. Ale warto przyjąć do wiadomości, że nie jest też powszechnie pożądany. Teatr awangardowy często rozgrywa się dziś w innym obiegu – festiwalowym, niszowym, akademickim. Tam jest jego miejsce, jego publiczność, jego język. I to dobrze. Bo teatr nie musi zawsze mówić do wszystkich.
Jednak jeśli próbujemy zrozumieć, dlaczego widz wraca, dlaczego spektakl ma długą żywotność, to odpowiedź jest mniej zaskakująca, niż chcieliby twórcy z „ambitnej” strony sceny: widzowie chcą teatru zrozumiałego. Teatru emocji, nie tylko idei. Historii, nie tylko konceptu. Bohatera, nie tylko metafory. Relacji, nie tylko manifestu.
Nie znaczy to, że widz boi się trudnych tematów – przeciwnie. Ale oczekuje, że teatr podejdzie do niego z szacunkiem, nie z wyższością. Z dialogiem, nie z ironią. Dziś, w czasach tak ogromnej liczby bodźców, fragmentaryzacji uwagi i nieustannego napięcia społecznego, teatr staje się przestrzenią albo ukojenia, albo komunikatu. A widz częściej wybiera to pierwsze.
I tu najważniejszy wniosek: może prawdziwy podział w teatrze nie biegnie dziś między „mainstreamem” a „awangardą”, tylko między tym, co komunikuje się z widzem, a tym, co komunikuje się z samym sobą.
Dlatego nie powinniśmy się dziwić, że progresywne spektakle nie osiągają setek pokazów. Ich rola nie polega na trwałości, lecz na tym, że zmieniają język, wyznaczają kierunki, inspirują. Ale to spektakle klasyczne, komediowe, muzyczne – te, które gra się setki razy – mają kontakt z realnym, szerokim widzem. A to jest wartość sama w sobie. I to nie wstyd, tylko sztuka.