15 lipca 1876 r. zmarł Aleksander Fredro, który jak na owe czasy żył długo, bo 82 lata. W tym roku przypada 150. rocznica jego śmierci i z tej okazji Teatr Klasyki Polskiej wspólnie z Muzeum Łazienki Królewskie postanowili uczcić komediopisarza, organizując festiwal „Fredro w Łazienkach”.
Swego czasu Jarosław Gajewski, współtwórca Teatru Klasyki Polskiej, zaznaczył, że „tekst nie musi być współczesny, żeby był ponadczasowy. Ja wierzę w to, że klasyka to coś więcej niż współczesność”.
W „Zemście” widzimy nasze wciąż aktualne spory i waśnie – prywatne, polityczne, społeczne czy religijne. Finałowa, napawająca optymizmem zgoda niekoniecznie pasuje do naszego wiecznie skłóconego społeczeństwa, które nie ma ochoty na żadne kompromisy i wciąż bliskie mu są słowa „Wprzódy słońce w miejscu stanie! Prędzej w morzu wyschnie woda, nim tu u nas będzie zgoda”.
Chociaż Fredro napisał „Zemstę” w XIX stuleciu, dziś, oglądając ją na scenie, ze zdumieniem dostrzegamy, iż to całkiem współczesna komedia, czasem z łagodnym humorem, a momentami ostro wytykająca nam, Polakom osobiste wady i przywary. Awantury o rzeczy błahe, zacietrzewienie i nieuzasadniony upór wydają się żywcem wyjęte z naszego rodzimego podwórka. Może warto się zastanowić, dlaczego dzisiaj nadal trudno dostrzec na polskim horyzoncie wyciągniętą do zgody rękę…
Akcja „Zemsty” dzieje się jednego dnia, w dwu częściach starego zamczyska, na zmianę w domu Cześnika Raptusiewicza i Rejenta Milczka. Jeden z bohaterów jest zadufanym w sobie gwałtownikiem, drugi – przebiegłym obłudnikiem. Między ich domami znajduje się przedmiot sporów – mur graniczny, który Rejent każe budować, a Cześnik burzyć. W „Zemście”, oprócz ciekawej fabuły bliskiej farsie, typowej dla niej komedii pomyłek, z zachowanym, żwawym tempem, odnajdziemy w mistrzowski sposób ukazany, bardzo gęsty humor sytuacyjny i językowy w całej jego krasie.
Michał Chorosiński, reżyser brawurowej inscenizacji Teatru Klasyki Polskiej, przypomina, iż Fredro z pewnością bawił się, pisząc swoje komedie i pragnął bawić widza teatralnego. Dlatego swój spektakl opiera na pięknej polszczyźnie, profesjonalizmie i barwnych kreacjach aktorów, z ukłonem w stronę klasyki wiecznie żywej. Wtórują mu wszyscy występujący na scenie artyści.
Jarosław Gajewski w roli Cześnika, zawadiaki i gwałtownika, to uosobienie sejmikowego rębajły, którego wielkopańskie fumy i nieporadność w wyrażaniu myśli dopełniają humorystyczny rysunek postaci. Wytrawna dykcja, stonowany acz wyraźny w brzmieniu, donośny głos, dopracowane gesty, odpowiednio kładzione akcenty wskazują na profesjonalizm i doświadczenie Gajewskiego, który swego czasu w Teatrze Polskim wcielił się w Papkina. Aktor bywa karykaturalny, wręcz groteskowy, pokazując, jak dobrze czuje rytm i styl fredrowskich fraz. W Papkina tym razem wciela się Andrzej Mastalerz. W skórze swego tchórzliwego bohatera czuje się idealnie. Wykorzystuje znane mu techniki, a jego nienaganna mowa, świadomość językowa, tembr głosu pozwalają z każdego drobiazgu – dialogu, monologu – uczynić dodatkowy, humorystyczny element. Żongluje konwencjami, jednak taniego efekciarstwa i banału w tym nie ma. Papkin zgrabnie balansuje na granicy swoich dwóch osobowości: silnym schlebia, wobec słabszych pozostaje arogancki i bezwzględny.
Dariusz Kowalski jako Rejent dostrzega w punkt zamysł Fredry, docenia jego cięty dowcip, z uważnością podkreślając cechy swego bohatera, jego obłudę i egoizm. Obraz krętacza i szczwanego lisa, odzianego w szaty świętoszkowatości, choć kreślony z wyrozumiałością, z pewnością nie napawa optymizmem.
Ksawery Szlenkier jako Wacław zabawnie plącze się w sieci swych kłamstewek i drobnych nadużyć, którym przyświeca godny cel – małżeństwo z ukochaną Klarą i zgoda między skłóconymi rodzinami. Jego kreację wyróżnia pomysłowa, współczesna nuta, ale wciąż w klimacie dobrych, klasycznych komedii. Podoba się ten chłopięcy, radosny Wacław „szczęsnej Klarze”, podoba się widowni, która dostrzega staranność techniki aktorskiej i dopracowany w szczegółach warsztat słowa.
Na scenie, w rolach uroczych kobiet miałam okazję zobaczyć Joannę Kwiatkowską-Zduń jako Podstolinę i Martę Dylewską w roli Klary. Podstolina to urodziwa, pełna wdzięku trzpiotka i choć nieco przekwitła, jednak na tyle żywotna, by myśleć o kolejnym małżeństwie. Jej ruchy, wyraźny, acz subtelny seksapil czynią ją frywolną, nieco groteskową, ale i bardzo miłą. Z kolei Marta Dylewska jest bardzo naturalna, pełna ujmującej szczerości i młodzieńczej energii. Aktorka przydaje swej bohaterce wyrazistości, delikatnie pogłębionego psychologicznego rysu, obecnego przecież u fredrowskiej Klary.
Warto też zwrócić uwagę na drugoplanowe postaci. Karykaturalny, humorystyczny Leszek Zduń w roli Dyndalskiego dotrzymuje kroku pozostałym i znakomicie partneruje Jarosławowi Gajewskiemu. Publiczność bawi też Henryk Gołębiewski jako murarz oraz Paweł Lipnicki jako Śmigalski – bez nich „Zemsta” nie miałaby tego smaku!
Muzyka na żywo stanowi doskonałe tło dla całości, a przemyślana scenografia dobrze współgra z nieco swobodniejszą atmosferą otwartego amfiteatru.
Reżyser pokazuje w swej adaptacji wszystko, co dla Fredry było ważne, potwierdzając jednocześnie aktualność i ponadczasowość „Zemsty”. Dzięki zaangażowanym aktorom dawne, a jednak niesłychanie żywe sensy klasyki wciąż nas poruszają i skłaniają do refleksji.
Teatr Klasyki Polskiej