Chludziński i Cwaliński osadzają „Koriolana” w realiach wojny XXI wieku. Scenę zalewają projekcje przypominające filmowe wizje konfliktu – surowe, monumentalne, chwilami bliskie obrazom z „Diuny”. Twórcy budują spójny język: nowoczesne technologie, komunikaty kryzysowe, drony, narracje propagandowe, które maskują oczywistość wojennych zbrodni. Fragment o „ostrzeliwanych szpitalach” działa w tym kontekście jak sygnał, który łączy świat Szekspira z aktualnym doświadczeniem.
Druga część przynosi zmianę tonu. W końcu zaczyna się gra z Szekspirem, nie przeciwko niemu. Koriolan (Adam Machalica) wybrzmiewa pełnie, wręcz tragicznie – jako postać zanurzona w hybris. Nie chce pokazywać blizn, nie znosi rytuałów polityki, odmawia „szaty pokory”, szydzi z ludu. Jest zbudowany z wojny, nie z życia wspólnotowego, już nie potrafi inaczej funkcjonować.
Najmocniejszy moment to scena trzech kobiet – Wolumni, Wirgilii i Walerii. Na scenie staje się fizyczną konfrontacją. Kobiety błagają o pokój z brzytwą na szyi, ryzykując własnym życiem. Tu przedstawienie jest najbliżej tragedii. Tu jest napięcie, które działa realnie.
I tu Koriolan pęka.
Jego zgoda na pokój prowadzi go do śmierci. Koriolan ginie nie dlatego, że zmienił strony, ale dlatego, że w świecie wojny złamał hierarchię. To konsekwencja hybris – bohater zbudowany z własnej siły nie umie żyć poza nią.
Ostatnia decyzja inscenizacyjna Chludzińskiego jest brutalnie współczesna.
Syn Koriolana pochyla się nad ciałem ojca i robi zdjęcie. Selfie ze śmiercią. To gest, który odbiera tragedii możliwość katharsis. To diagnoza XXI wieku: wojna tuż obok nas nie wywołuje już trwogi, a dramat jednostki zostaje sprowadzony do chwilowego kadru.
Największym osiągnięciem tej inscenizacji jest zachowanie zasad tragedii. Chludziński i Cwaliński pokazują racje obu stron w ich pełnym napięciu, co prawda w zapachu kiełbasy, ale jednak.
„Koriolan” z Teatru Nowego jest też spektaklem o niewykorzystanych możliwościach. Zaczyna się jak propozycja rozmowy o przemocy i polityce, grzęźnie jednak w publicystyce, a odzyskuje siłę dopiero tam, gdzie zaczyna być teatralny. I naprawdę szekspirowski.