Piotr Cieplak odszedł wczoraj rano, a ja – zamiast czytać kolejne wspomnienia – wracam myślami do tego, co sam od niego dostałem. Nie z biografii, nie z wywiadów, tylko z widowni. Z tych chwil, kiedy gasło światło, a jego teatr zaczynał działać jak urządzenie do przewietrzania duszy: raz brutalnie, raz z czułością, zwykle z ironią, zawsze z sensem.
Pierwszym jego spektaklem, który zobaczyłem, był „Żołnierz królowej Madagaskaru” w toruńskim Teatrze Horzycy jeszcze w 1990 roku. Miałem poczucie, że ktoś wziął literacki kabaret Tuwima i zbudował z niego świat bardziej dziki niż przewidywalny. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Cieplak właśnie tak działa: niby lekko, a jednak z przewrotnością, która w człowieku zostaje na długo.
Później przyszedł „Ptaszek Zielonopióry” w Dramatycznym – bajka Gozziego, która mogłaby być miła i grzeczna, ale nie w rękach Cieplaka. W jego wersji pierwsza warstwa – kolor, humor, maska – błyszczała, ale tuż pod nią czaiło się przypomnienie, że nawet w najpiękniejszej zabawie tkwi zawsze jakaś ciemna dziura w człowieku. U Cieplaka maska nigdy nie była tylko maską.
W Teatrze Rozmaitości zobaczyłem „Historię o Miłosiernej, czyli Testament psa” i „Skórę węża”. Do dziś pamiętam, że obu przedstawień właściwie nie dało się opowiedzieć znajomym. Za dużo w nich było absurdalnego śmiechu, za dużo momentów, w których człowiek nagle orientował się, że właśnie bawi go coś wcale nieśmiesznego. Cieplak potrafił prowadzić widza jak lunatyka – niby w rytmie farsy, niby w ruchu scenicznej zabawy, a jednak prosto w środek jakiejś bardzo ludzkiej prawdy.
Zupełnie inną nutą były „Wesołe kumoszki z Windsoru”. Shakespeare w reżyserii Cieplaka to nie jest klasyka, która stoi na baczność; to klasyka, która schodzi z piedestału i z humorem siada bliżej ludzi. Była w tym radość, której dziś w teatrze bardzo brakuje – radość, która nie ogłupia, tylko uwalnia.
A potem – „Taka ballada” w Teatrze Studio. Spektakl, który pamiętam jako jedno wielkie pytanie o to, co w człowieku miękkie, nieosłonięte, wymagające troski. Tam Cieplak najbliżej był tonu, który już wtedy kojarzył mi się z jego najważniejszymi pracami – tonu jakby nadwrażliwego, ale nie sentymentalnego.
W Powszechnym zobaczyłem kilka jego realizacji: „Słomkowy kapelusz”, „Albośmy to jacy, tacy…”, „Nieskończoną historię”. Każda inna, a jednak wszystkie podszyte tym samym nerwem: że teatr jest od odkrywania tego, co w polskości pęknięte, niejednoznaczne, pełne śmiechu, który zaraz może przejść w milczenie. Z całej tej grupy najbliżej mojego serca pozostaje „Albośmy to…” – Cieplak potrafił w tym spektaklu postawić Wyspiańskiego tak, jakby go właśnie znajdował, nie jakby go interpretował.
Później był długi okres Narodowego: „Milczenie o Hiobie”, „Elementarz”, „Ułani”, „Woyzeck”, „Wieczór Trzech Króli”, „Czekając na Godota”. Każdy z tych spektakli był innym wariantem pytania o człowieka wystawionego na próbę. „Milczenie o Hiobie” – o granice cierpienia. „Elementarz” – o to, skąd czerpiemy język, który ma nam tłumaczyć świat, skoro sam się kruszy. „Ułani” – o narodowe mity, które trzymają nas za gardło, kiedy próbujemy oddychać własnym powietrzem. „Woyzeck” – o cichą rozpacz tych, którzy nie udźwigną świata. „Godot” – o czekanie, które nigdy nie przestanie być aktualne.
Teatr Cieplaka zawsze miał coś z chodzenia po linie: między groteską a powagą, między światłem a cieniem, między miłością do aktora a surowością wobec człowieka. Nie znałem go osobiście. Ale mam poczucie, że znałem go właśnie tam – na widowni. W tych chwilach, gdy człowiek siedzi po spektaklu trochę dłużej, patrzy w pustą scenę i czuje, że ktoś mu coś ważnego właśnie powiedział, choć może nie całkiem wiadomo co – jakby sens dopiero miał się ułożyć, gdy wyjdzie się na chłodne powietrze przed teatrem.
Teraz, kiedy go już nie ma, zostały mi te obrazy: Zielonopióry, który nie był baśnią; Kumoszki, które były bardziej nasze, niż by się chciało; Woyzeck, który bolał; Godot, który nie przychodził; i ten cały wielobarwny, niepokorny teatr, dzięki któremu człowiek na chwilę mógł zobaczyć siebie trochę wyraźniej.
Tak zapamiętam Piotra Cieplaka: jako reżysera, który umiał sprawić, że świat po wyjściu z teatru wyglądał inaczej niż przed wejściem. I za to jestem mu wdzięczny.