W ramach tegorocznego festiwalu „Chopin i jego Europa” znów usłyszeliśmy w Warszawie Belcea Quartet — zespół, który od lat cieszy się statusem gwiazdy kameralistyki, a jednocześnie nigdy nie epatuje sceniczną przesadą. Wczorajszy koncert w Filharmonii Narodowej był prawdziwą ucztą — nie tylko z racji repertuaru, ale przede wszystkim dzięki klasie wykonawczej i muzycznej wyobraźni, która pozwala muzyce mówić własnym głosem. To był wieczór pełen elegancji, precyzji i muzycznej wrażliwości, o jaką coraz trudniej w epoce nagłaśnianych emocji.
Mendelssohn między młodzieńczą surowością a późnym liryzmem
Program otworzyły dwa z czterech utworów Feliksa Mendelssohna op. 81 — zbioru, który powstał z fragmentów rozproszonych, zredagowanych już po śmierci kompozytora. Najciekawsze było zestawienie dwóch fug — jednej napisanej przez zaledwie szesnastoletniego Mendelssohna w 1827 roku, drugiej, powstałej blisko dwie dekady później i włączonej w Capriccio e-moll z 1843 roku. Kontrast nie mógł być bardziej wyrazisty. Młodzieńcza fuga zaskakiwała surową energią i śmiałym podejściem do kontrapunktu — nie była to demonstracja techniki, lecz szczera próba zapanowania nad formą, która w rękach młodego kompozytora staje się środkiem wyrazu, a nie tylko ćwiczeniem stylistycznym. Z kolei późniejsza fuga, pełna charakterystycznej melodycznej elegancji i słodkiego liryzmu, pokazywała dojrzałego Mendelssohna — takiego, jakiego dobrze znamy z jego pieśni bez słów. Belcea Quartet wykonał oba utwory z nieskazitelną precyzją, ale bez przesadnego akademizmu — z zachowaniem świeżości i narracyjnej logiki.
Mozart w idealnych proporcjach
Drugim punktem programu był Kwartet smyczkowy C-dur KV 465, zwany „Dysonansowym” — jeden z najpiękniejszych i najbardziej enigmatycznych utworów w twórczości Mozarta. Od pierwszych taktów, w których nieoczekiwane zestawienia harmoniczne zwiastują niepokój, Belcea Quartet prowadził muzykę z rzadko spotykaną dojrzałością. Było w tym wykonaniu wszystko: przezroczystość brzmienia, subtelność artykulacyjna, znakomita komunikacja między muzykami i wyczucie proporcji. Muzyka brzmiała nie jak efekt intensywnych prób, ale jak naturalna rozmowa czworga artystów, którzy doskonale rozumieją wspólny język.
Powrót Melnikova — w cieniu czy w harmonii?
Po przerwie do zespołu dołączył pianista Alexander Melnikov – jego nieobecność na naszym festiwalu sięgała roku 2021. Poprzednie jego występy w FN bywały nierówne, z różnych powodów. Tym razem wydawało się, że Melnikov przesiąkł duchem perfekcji Belcea Quartet — jego gra była nie tyle popisem, ile suwerennym wkładem w harmonię zespołu. W Kwinciecie fortepianowym A-dur op. 81 Antonína Dvořáka wykazał imponujące wyważenie: nigdy nie wysuwał się na pierwszy plan, zawsze pozostając w znakomitej relacji z kwartetem. Często jego partie stapiały się z brzmieniem strun, tworząc jednorodną tkankę dźwiękową. Jedyne „ale” dotyczyło ustawienia scenicznego – fortepian umieszczony za plecami muzyków utrudniał pełen dialog muzyczny; efekt bywał bardziej akompaniatorski niż partnerski. Mimo tego wydobyła się z całości niezwykła spójność – wspólna kreacja barwna, emocjonalna, a jednocześnie umiejętnie zrównoważona. Interpretacja nabrała lirycznej gracji, pozbawiona przesady romantycznego nimbu – dokładnie tak, jak wymaga tego muzyka Dvořáka.
Brahms na bis, który zaostrza apetyt
Publiczność długo nie chciała wypuścić artystów ze sceny, co zakończyło się zasłużonym bisem. Wybór padł na drugą część Kwintetu fortepianowego f-moll op. 34 Johannesa Brahmsa — i była to decyzja trafiona w punkt. To wykonanie miało w sobie coś niezwykle osobistego: kameralne, skupione, bez cienia efektowności, a jednocześnie z głębokim wyczuciem frazy i nasyceniem emocjonalnym. Słuchało się tej muzyki jak wewnętrznego monologu — szeptanego, ale nie mniej poruszającego. Po takiej zapowiedzi trudno nie żałować, że nie usłyszeliśmy całego utworu właśnie w tym zestawieniu wykonawczym. Na szczęście Brahms powróci jeszcze w programie festiwalu — tym razem w interpretacji Mao Fujity i Hagen Quartet — co z pewnością pozwoli spojrzeć na ten monumentalny utwór z innej, być może kontrastującej strony.
Kameralna ucieczka od codzienności
Wczorajszy koncert był prawdziwym świętem muzyki kameralnej. Nie było tu miejsca na efekciarstwo czy demonstracyjne gesty — zamiast tego otrzymaliśmy subtelność, skupienie i delikatność najwyższej próby. Artyści nie próbowali przyćmić muzyki własną ekspresją, lecz z szacunkiem ją odsłonili — i właśnie dlatego ich interpretacje wybrzmiały tak głęboko. Reakcje publiczności mówiły same za siebie: cisza podczas fraz i długa fala entuzjazmu po zakończeniu utworów świadczyły o pełnym zaangażowaniu i poruszeniu. W czasach nadmiaru bodźców i emocjonalnego hałasu, wieczory takie jak ten przypominają, że muzyka — ta naprawdę wartościowa — nie potrzebuje wielkich gestów, by dotrzeć do sedna.
https://nifc.pl/pl/