Monodram Sebastiana Słomińskiego „Wściekły pies”, zrealizowany na motywach reportażu Wojciecha Tochmana, to teatr jednej postaci – ale o wielu twarzach. Reżyser Marcin Bortkiewicz sięga po oszczędną formę, by ukazać dramat człowieka uwięzionego pomiędzy powołaniem a tożsamością, pomiędzy wiarą a cielesnością. Choć spektakl nie przekracza godziny, wywołuje emocje, które rezonują długo po jego zakończeniu.
Scena tonie w półmroku. Jedynym źródłem światła są trzy wysokie świeczniki z gromnicami, które zapłoną dopiero później. Gdzieś z boku – para zwiniętych dżinsów. To w tej przestrzeni pojawia się młody ksiądz, by wygłosić homilię z okazji Światowego Dnia Chorego. Szybko jednak okazuje się, że kazanie jest tylko punktem wyjścia do czegoś znacznie bardziej osobistego.
Zamiast duszpasterskiego pouczenia, jesteśmy świadkami publicznej spowiedzi. Kapłan – narrator w jednej osobie – odsłania przed widzami swoją historię: od pierwszych homoseksualnych zauroczeń, przez podwójne życie, aż po niemal mistyczną potrzebę zrozumienia i akceptacji. W tej opowieści widać rozdźwięk między tym, co narzuca instytucja Kościoła, a tym, co bohater czuje – i czego nie jest w stanie dłużej tłumić.
Słomiński prowadzi monolog ze skupieniem i nerwem. Jego postać nie jest ani karykaturą, ani męczennikiem – to raczej człowiek z krwi i kości, przeżywający głęboki kryzys. Dramatyczne napięcie budowane jest nie przez spektakularne środki, lecz przez słowo, gest i ciszę. Aktor konsekwentnie zdejmuje kolejne warstwy: najpierw liturgiczne szaty, potem maskę człowieka silnego. Staje niemal nagi, oczekując – na nic więcej, jak tylko akceptację.
Ten „coming out” nie ma w sobie triumfalizmu. Wręcz przeciwnie – jego wymowa jest gorzka. Gdy wydaje się, że bohater zdobył się na pełne wyznanie, uświadamiamy sobie, że ta szczerość jest tylko teatralną symulacją. Być może nigdy nie powie tego, co właśnie usłyszeliśmy – ani z ambony, ani w konfesjonale. Włoży dżinsy, zejdzie ze sceny, a jego tajemnica znowu zniknie w mroku.
Reżyseria Bortkiewicza unika efekciarstwa. Minimalistyczna scenografia i niemal rytualny porządek inscenizacji podkreślają wagę słów. Kostium zaprojektowany przez Emilię Czartoryską – również oszczędny – pozwala skupić się na emocjach i konflikcie wewnętrznym bohatera. A te rozgrywają się w pełnym świetle – mimo fizycznego półmroku.
„Wściekły pies” to spektakl, który nie daje łatwych odpowiedzi. Nie staje się ani oskarżeniem Kościoła, ani apologią homoseksualności. To opowieść o rozdarciu i samotności, której nie leczy ani religijna gorliwość, ani cielesne spełnienie. Opowieść poruszająca, bo prowadzona bez histerii – i być może właśnie dlatego tak silna w swoim oddziaływaniu.
To nie jest spektakl, który da się łatwo zaszufladkować. Trudno też powiedzieć, że to teatr interwencyjny czy polityczny – choć jego tematyka zahacza o sprawy bardzo żywe społecznie. To raczej głęboko osobista wypowiedź sceniczna, której siła płynie z intymności i odwagi mówienia wprost.
Nie wiadomo, ile jeszcze takich historii noszą w sobie ludzie w koloratkach, i ilu z nich zdecyduje się opowiedzieć je głośno. Ten monodram może być głosem w ich imieniu – nie oskarżeniem, lecz pytaniem: czy ktoś jest gotów słuchać?