Rytuały
O spektaklu „Nagle, ostatniego lata” Tennessee Williamsa w reż. Michała Borczucha w Nowym Teatrze w Warszawie pisze Maria Dworzecka.
fot. Maurycy Stankiewicz / Nowy Teatr Warszawa
O spektaklu „Nagle, ostatniego lata” Tennessee Williamsa w reż. Michała Borczucha w Nowym Teatrze w Warszawie pisze Maria Dworzecka.
fot. Maurycy Stankiewicz / Nowy Teatr Warszawa
W mrocznym Nagle, ostatniego lata Tennessee Williamsa, w najnowszym przekładzie Jacka Poniedziałka, reżyser Michał Borczuch zaprasza widzów Nowego Teatru w Warszawie do świata pełnego rytuałów i okrutnych gier. W cieniu śmierci otoczonego kultem Sebastiana Venable’a rozgrywają się osobiste dramaty trzech kobiet, choć – wbrew pozorom – żadna z nich nie opłakuje poety, który zginął w tragicznych okolicznościach.
Na pierwszy plan wysuwa się dramat Violet Venable (brawurowa pierwsza scena Magdaleny Cieleckiej), która straciła syna – blask jego obecności był dla niej codziennością. Zaraz za nią wyłania się dramat Catherine Holly (Ewelina Pankowska) – kuzynki poety, straumatyzowanej widokiem jego okrutnej śmierci. Na trzecim planie, już ledwie widoczny, pozostaje dramat pani Holly (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik) – kobiety zdegradowanej, a przez to podatnej na manipulacje, która mimo złych przeczuć nie jest w stanie sprzeciwić się krzywdzeniu córki.
Wejście doktora Cukrowicza (Bartosz Bielenia) do świata rodziny Venable’ów rozbija dotychczasowy porządek, demaskując utrwalone schematy wyzysku biednych przez bogatych. Precyzja i dociekliwość psychochirurga pozwalają na ujawnienie pełnej skali nierówności klasowych i prawdy o przeżartej złem duszy poety-uzurpatora.
Atmosfera spektaklu jest z jednej strony mroczna i duszna, z drugiej – pełna absurdalnej świeżości. Dramat Williamsa, choć jego akcja toczy się w latach 30. XX wieku, dzięki współczesnemu językowi wydarza się tu i teraz. Scenografia, zbudowana wyłącznie z połaci trawy, daje twórcom i widzom swobodę interpretacji, pozwalając na niezauważalne przeniesienie akcji do współczesności. Filmowe wstawki – niejako w antrakcie spektaklu – dopełniają portrety psychologiczne postaci cichych lub nieobecnych: Sebastiana i pani Holly. W zwierciadle współczesności ukazują to, czego w dramacie Williamsa nie widać, a co wyziera spomiędzy jego słów. To dzięki nim widz może dostrzec, jak perwersyjnie, otoczony nimbem świętości, Sebastian napawał się cierpieniem.
Na uwagę zasługuje kreacja Eweliny Pankowskiej w roli Catherine, zmuszanej do okaleczającego zabiegu. Jej bohaterka – pstrokata, pretensjonalna, a zarazem przenikliwie świadoma – wie, że życie całej rodziny podporządkowane było tyranii kuzyna. Teraz chce zburzyć ten porządek, ugruntowany przez lata. Choć planowana lobotomia ma ją uciszyć, a jej doświadczenia dotąd były ignorowane i marginalizowane, ostatkiem sił buntuje się – a jej wysłuchanie staje się częścią rytuału przejścia i ujawnienia potwornej prawdy.
Sebastian, którego legendę zbudowała pozbawiona skrupułów matka, nie szukał obrazu Boga – był bezdusznym drapieżcą. Akt poddania się zjedzeniu staje się jego ostatnim, finałowym wierszem – mrocznym poematem letnim. Dla tłumu wykorzystanych ofiar to zaś rytualna zemsta na oprawcy.
Zakończenie spektaklu Borczucha, podobnie jak zakończenie dramatu Williamsa, pozostaje otwarte. Ale być może ostatnia scena reżysera pokazuje, że wszystkie okrutne rytuały wciąż trwają w najlepsze…