Trzydzieści lat po śmierci Ryszardy Hanin, aktorki głęboko wpisanej w pejzaż powojennego polskiego teatru i filmu, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że była artystką osobną. Nie gwiazdą – w rozumieniu krzykliwej popularności – ale kimś, kto dzięki dyscyplinie, erudycji i absolutnej prawdzie scenicznej, zapisał się w pamięci widzów jako aktorka wewnętrznego światła. Rzadko o takich artystkach mówi się głośno. Częściej – z wdzięcznością i ciszą.
Widziałem ją po raz pierwszy w “Ja, Feuerbach” Dorsta, u boku Tadeusza Łomnickiego. On – legendarny mistrz, błyskotliwy, nadwrażliwy. Ona – postać Kobiety, której obecność miała pozornie marginalne znaczenie. Ale to, co Hanin potrafiła uczynić z milczenia, było doświadczeniem niemal fizycznym. Gdy była na scenie – nie mogłeś oderwać od niej wzroku. Jakby to nie tekst, ale jej wewnętrzny głos reżyserował spektakl.
W tych późniejszych, kameralnych przedstawieniach – “Lekcji” i “Łysej śpiewaczce” Ionesco na Scenie Prezentacje – powracała do roli służącej. Ale u Ionesco służąca to nie postać tła. To istnienie absurdalne, przełamujące groteskę codzienności. Hanin z wdziękiem godnym przedwojennej damy i z brutalną szczerością sceniczną, łączyła lekkość z mrokiem. Niby komedia, ale gdzieś głęboko pod tekstem pulsowało coś bardzo ludzkiego, niepokojącego.
Nie była aktorką “medialną”, choć jej dorobek ekranowy – zwłaszcza w Teatrze Telewizji – pozwolił wielu widzom odkryć tę szczególną jakość: aktorstwo bez fałszu, bez taniego efektu, zawsze “w sprawie”.
Jej życiorys mógłby sam posłużyć za scenariusz filmu: urodzona jako Szarlota Hahn w zamożnej rodzinie we Lwowie, studentka Sorbony, uczennica Charles’a Dullina, wojenne losy rzucone na wschód, współzałożycielka teatru frontowego, aktorka i pedagog, wreszcie – cicha mistrzyni drugiego planu, bez której polski teatr byłby uboższy.
W epoce szybkich ról i jednorazowych olśnień, Hanin przypomina, że są aktorki, które pracują jak rzeźbiarki – powoli, w skupieniu, nie dla poklasku, lecz w służbie prawdzie. I że nawet służąca w teatrze absurdu może być lustrem, w którym przegląda się nasze człowieczeństwo.
Dziś, gdy wracam myślami do jej ról – nie potrafię oddzielić jej głosu od jej obecności. Głosu, który wciąż we mnie gra, cicho, jak echo starego teatru. I może właśnie tak powinno się wspominać wielkich artystów: bez patosu, ale z czułością i pokorą wobec ich pracy.
Jej obecność na scenie nie potrzebowała fajerwerków – wystarczała cisza, skupienie i prawda. Takich artystek nie da się zastąpić.