Telewizyjna „Matka Joanna od Aniołów” Weroniki Szczawińskiej i Piotra Wawra Jr to projekt, który nie tyle reinterpretuje klasykę, ile unieważnia jej tradycyjne sposoby istnienia w teatrze telewizyjnym. Oglądając spektakl, szybko staje się jasne, że twórców nie interesuje Iwaszkiewicz jako autor opowieści religijnej, metafizycznej czy egzystencjalnej. Interesuje ich Iwaszkiewicz jako pretekst. Tekst staje się tu materiałem – częścią laboratorium formy, w którym demontuje się modernistyczny dramat, teatralne konwencje i sam mechanizm reprezentacji w Teatrze TV. Taki gest – radykalny, ostentacyjnie antyiluzjonistyczny – musiał wywołać skrajne reakcje. Jednych zachwycił „ściszony”, dekonstrukcyjny język twórców, innych doprowadził do furii. I na tym polega klucz do recepcji: spektakl nie jest kontrowersyjny dlatego, że mówi o Kościele, płci czy przemocy, lecz dlatego, że rozsadza Teatr Telewizji od środka, odbierając widzowi wszystko, do czego ten format przez dekady go przyzwyczaił.
Metaspektakl jako fundament inscenizacji
Najistotniejszym gestem tej realizacji jest stale obecna rama metaspektaklowa: plan filmowy, operatorzy, powtórki scen, głosy z offu, aktorzy zakładający kostiumy przed kamerą. Twórcy nie pozwalają widzowi zanurzyć się w fabule, lecz nieustannie przypominają, że jest świadkiem powstawania spektaklu, a nie jego iluzji. Ten zabieg z jednej strony oczyszcza prozę Iwaszkiewicza z patosu i mistycznej gorączki, z drugiej odbiera możliwość klasycznego odbioru teatru telewizyjnego, w którym kamera służy budowaniu intymności, a nie jej demaskowaniu. Dla części krytyków to gest emancypacyjny i odważny. Dla wielu widzów – naruszenie konwencji gatunku.
Schłodzenie emocji i redefinicja dramatu
Szczawińska i Wawer świadomie wyciszają wszystkie elementy, które dotąd stanowiły o sile inscenizacji tego tekstu: opętanie, religijny konflikt, erotyczne napięcie, dramatyczny wymiar walki dobra ze złem. Zamiast intensywnych emocji pojawia się surowa narracja, analiza i ironiczny dystans. Nie oglądamy więc historii o Joannie i Surynie, lecz opowieść o naszej potrzebie konstruowania takich historii i o językach, jakimi próbujemy je opowiedzieć. Tekst Iwaszkiewicza zostaje przesunięty na poziom materii, którą się analizuje i podważa. Dla jednych to twórcze i świeże. Dla innych – zaprzeczenie sensu adaptowania klasyki.
Skąd tak gwałtowna niezgoda widzów
To spektakl, który wchodzi w konflikt z oczekiwaniami odbiorców Teatru TV. Krytycy chwalą go za intelektualną konsekwencję i performatywne strategie, natomiast widzowie najczęściej reagują na brak iluzji, brak emocji, nagromadzenie konwencji oraz brak jednoznacznego uzasadnienia dla formalnych decyzji: obsadzenia ról męskich aktorkami, wprowadzenia lalki, obecności tancerzy, filmowego planu i quasi-dokumentalnego stylu. Szczawińska przenosi język teatru progresywnego do medium o skrajnie innym kodzie odbiorczym. Stąd polaryzacja: nie z powodu tematu, lecz struktury spektaklu.
Konsekwencja czy chaos formy
Inscenizacja jest równocześnie konsekwentna w swojej strategii dekonstrukcji i chaotyczna w odbiorze, ponieważ łączy elementy, które w telewizji trudno skomponować w czytelną całość. Plan filmowy, taniec, performans, warstwa narracyjna, ironia, queerowe kostiumy, jednoczesna obecność wszystkich aktorów na planie, sytuacyjna improwizacyjność i świadomie chłodne podanie tekstu – to wszystko znajduje się w jednym kadrze. Efektem jest napięcie między zamierzoną formalną strukturą a wrażeniem nieuporządkowania.
Przesunięcie akcentów ideowych
Twórców nie interesuje egzorcyzm jako wydarzenie religijne, lecz jako opowieść o przemocy, która tkwi w samych kategoriach myślenia i mówienia o kobiecości, duchowości i winie. To nie jest walka z demonem, ale walka z językiem demonologii. Dlatego Iwaszkiewicz staje się figurą tradycyjnego, modernistycznego imaginarium, które spektakl podważa, osłabia i rozmontowuje. To interpretacja stawiająca kobietę nie jako obiekt męskiego spojrzenia, lecz podmiot narracji. Dla części widzów to czytelny gest współczesności, dla innych – zerwanie więzi z literackim pierwowzorem.
Dlaczego reakcje są tak skrajne
Spektakl Szczawińskiej dotyka trzech wyjątkowo czułych obszarów polskiej publiczności telewizyjnej: konwencji Teatru Telewizji, sposobu opowiadania klasyki i przyzwyczajeń odbiorczych widzów. Jest świadomie antyiluzjonistyczny, antydramatyczny i antynarracyjny. Tam, gdzie widz spodziewa się historii, dostaje mechanizm jej demontażu. Tam, gdzie oczekuje emocji, dostaje analizę. Tam, gdzie szuka teatru, znajduje proces powstawania obrazu. Od takiego spektaklu nie da się uciec w półcienie – można go albo przyjąć, albo odrzucić.
„Matka Joanna od Aniołów” w reżyserii Szczawińskiej jest projektem, który zmusza do opowiedzenia się po którejś stronie. Twórcy nie szukają kompromisu z widzem i nie proponują komfortu estetycznego, lecz udział w chłodnym eksperymencie nad tekstem i nad samą formą Teatru Telewizji. Skrajne opinie, jakie spektakl wywołał, są więc nie tyle reakcją na jego temat, ile na metodę: konsekwentną, wymagającą i sytuującą odbiorcę poza tym, co zwykle kojarzy się z telewizyjnym teatrem. Spektakl rozdzielił publiczność — ale niekoniecznie dlatego, że publiczność „nie dorosła” do tej formy. Raczej dlatego, że strategia radykalnego rozmontowywania klasyki, skuteczna w teatrze żywym, w medium telewizyjnym działa inaczej i napotyka własne ograniczenia. Pozostaje więc pytanie, czy napięcie między ambicją artystyczną a konwencją medium pozwala tej metodzie w pełni wybrzmieć — nie jako zarzut, lecz jako rozpoznanie różnicy, którą spektakl wyjątkowo wyraźnie ujawnia.
https://teatrtv.vod.tvp.pl/