Kolejny dyplom w repertuarze AST w Krakowie jest rozprawą nad mechanizmami zbiorowej przemocy. „Samosąd” w reżyserii Jakuba Skrzywanka, inspirowany „Dwunastoma gniewnymi ludźmi” oraz udokumentowanymi przypadkami przestępstw nieletnich, przygląda się sytuacji, w której wyrok zapada szybciej, niż pojawia się potrzeba sprawdzenia faktów.
Interesuje go nie tyle samo zdarzenie, ile proces jego konstruowania: od pierwszego oskarżenia przez jego społeczne uwiarygodnienie aż po moment, w którym przestaje być potrzebny dowód, bo zastępuje go przekonanie większości.
Jakub Skrzywanek wraz z dramaturżkami Anielą Płudowską i Zuzanną Pytel idą zresztą o krok dalej. Nie zatrzymują się na pytaniu o fabrykowanie medialnych przekazów, ale rzetelnym okiem przyglądają się temu, jak konstruowana jest pamięć zbiorowa i jak łatwo można nią manipulować. To zresztą jeden z powracających tropów twórczości reżysera: rzeczywistość nie jest czymś zastanym, lecz materiałem podatnym na montaż i produkowanie określonych emocji.
Marcin Chalanda (scenografia, kostiumy, reżyseria światła) zamiast sali obrad proponuje różową arenę – jednocześnie ring i cyrk. Wgłębienie w scenie wypełniają poduszki, nad nim zawisają tiulowe baldachimy i żyrandol z przezroczystych koralików. Przestrzeń przypomina wymarzoną sypialnię nastolatki, ale równie szybko odsłania swoje drugie oblicze. To miejsce walki, w którym można rozegrać pojedynek znacznie brutalniejszy niż ten na poduszki. Majtkowy róż, toaletka ze zwierciadłem i kiczowata estetyka budują świat pozornie niewinny, który stopniowo zaczyna przypominać koszmar. Podobnie funkcjonują aktorzy ucharakteryzowani na klaunów, z mocno zaznaczonymi rumieńcami.
W tym anturażu Skrzywanek tworzy coś na kształt laboratorium przypadku. Jedenastu aktorów funkcjonuje jako równorzędny organizm, a ich ciała stają się narzędziami do testowania kolejnych wersji wydarzeń. Grupa przygotowuje prowokację: chce zwabić chłopaka podejrzewanego o kontakt cielesny z nieletnią, udokumentować jego winę, upublicznić ją, a następnie dokonać na nim samosądu. Zamiast jednej linearnej historii oglądamy kolejne próby jej odegrania. Bohaterowie powtarzają gesty, zmieniają konfiguracje, sprawdzają możliwe przebiegi spotkania. Twórcy mówią o tym, że tego typu przemoc nie rodzi się wyłącznie z gniewu. Potrzebuje grupy, mechanizmu nacisku i poczucia, że skoro „wszyscy” są przekonani, to jednostka nie ma już prawa do wątpliwości. Wzrasta potrzeba przynależności, presja większości, szantaż i strach. Granica między obrońcą a oprawcą przesuwa się niemal niezauważalnie. Tym łatwiej, że wszystko odbywa się pod pozorem działania w słusznej sprawie.
W pewnym momencie aktorzy przerywają przygotowania do samosądu, wychodzą z przypisanych im ról i ujawniają kolejną warstwę przedstawienia. Okazuje się, że sami mogą być ofiarami artystycznej propagandy – mechanizmu, który wykorzystuje drażliwe, potencjalnie dotyczące ich bezpośrednio historie, by zbudować sceniczną fikcję. I to już na samym początku ich aktorskiej drogi. Pojawiają się więc pytania o etykę reprezentacji. Czy wszystko, co wydarzyło się naprawdę, może stać się materiałem artystycznym? Czy każde tabu trzeba zamienić w „hot temat”?
„Samosąd” jest spektaklem konsekwentnym formalnie i aktorsko. Ale czy na plus? Zespół, zgodnie z logiką rozwścieczonego tłumu, zbiorowej psychozy i żądzy zemsty, tworzy kolektywny monolit. Rezygnacja z indywidualności ma swoje uzasadnienie w koncepcji, momentami prowadzi jednak do zbyt dużej jednolitości i nieustannej wrzawy. A kiedy do realizacji wkrada się autotematyzm, trudno powstrzymać myśl: here we go again.
Kolejne dyplomowe przedstawienie dochodzi do momentu, w którym aktorzy wychodzą z ról, odsłaniają teatralną konstrukcję i zaczynają komentować własny teatr – gest, który coraz bardziej przypomina „ustawowy” punkt programu dyplomu aktorskiego.
Akademia Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego