Pozwólcie mi się bać
O spektaklu Łysa śpiewaczka Eugène’a Ionesco w reżyserii Jana Korwina-Kochanowskiego, wystawionym w Teatrze Praska 52 w Krakowie, pisze Piotr Gaszczyński.
fot. Teatr Praska 52 Kraków
O spektaklu Łysa śpiewaczka Eugène’a Ionesco w reżyserii Jana Korwina-Kochanowskiego, wystawionym w Teatrze Praska 52 w Krakowie, pisze Piotr Gaszczyński.
fot. Teatr Praska 52 Kraków
Klasyka teatru absurdu w klasycznym wydaniu. Łysa śpiewaczka w wykonaniu Teatru Praska 52 i Krakowskiej Sceny Klasycznej to sprawnie zrealizowany spektakl, który bawi – ale nie do końca niepokoi. A przecież w absurdzie to właśnie groza czai się tuż pod powierzchnią śmiechu.
„Łysa śpiewaczka”, którą Eugène Ionesco napisał ponad 75 lat temu, należy do klasyki teatru absurdu. Twórcy od czasu do czasu sięgają po ten zakurzony tekst, by przypomnieć widzom, że mówić nie musi znaczyć rozmawiać, a słuchać – nie musi znaczyć słyszeć. Banał, ale łatwo się na nim wyłożyć, pozostając jedynie na humorystycznej płaszczyźnie tego utworu. Bo absurd to przede wszystkim groza – strach przed pustką oddzielającą jednego człowieka od drugiego.
Na wstępie trzeba przyznać, że Teatr Praska 52 we współpracy z Krakowską Sceną Klasyczną postawił sobie bardzo ambitny cel – przenieść na scenę sztukę z pozoru banalną, ale w istocie piekielnie trudną do zagrania. Największą pułapką w tego typu tekstach jest uchwycenie niuansu – cienkiej linii oddzielającej śmiech od płaczu, zabawę od grozy, życie od śmierci, powierzchowność od głębi. Nazwa grupy tworzącej spektakl zobowiązuje, więc jest „po Bożemu” – meble z antykwariatu, stroje z epoki.
Jeśli chodzi o obsadę, można śmiało powiedzieć, że przedstawienie stoi kobietami. Zarówno Pani Smith (Sylwia Chludzińska), jak i Pani Martin (Aneta Gierat) świetnie odnajdują się w konwencji Łysej Śpiewaczki. Sposób, w jaki mówią, poruszają się po scenie, gestykulują, sprawia, że są niczym nakręcone dziwnym mechanizmem żywe pozytywki. Filtrują przez siebie tekst, dając mu wybrzmieć w sposób, który jednocześnie bawi i niepokoi. Równie dobre wrażenie sprawia Służąca (Maria Kopiec) – swoisty élan vital dramatu. Jej energia i autentyczność ciekawie kontrastują z zakurzonymi (dosłownie, bo pokrytymi pajęczynami) postaciami jaśniepaństwa.
Prym, który wiodą Panie, nie przekreśla oczywiście aktorskiej pracy Panów (Jakuba Wierzejskiego, Jakuba Reizera, Daniela Piskorza) – po prostu, na ich tle, nie zapadają aż tak w pamięć widza (mam nadzieję, że wybaczą).
Czy „po Bożemu” oznacza źle? Nie. Oznacza poprawnie. A to w teatrze za mało. Dramaturgicznie spektakl płynie swoim rytmem, kolejne absurdalne dialogi ciągną akcję do przodu. Jest zabawnie, jest miło – ale nie jest strasznie. I tego właśnie zabrakło, a szkoda, bo oglądając ciekawych aktorów, ma się świadomość, że mogą więcej. Pojedyncze przebłyski – jak wtedy, gdy Pani Martin mówi i patrzy na widzów pustym wzrokiem, zza którego zieje nicość – tylko podsycają apetyt.
Ionesco nie napisał Łysej śpiewaczki dla beki. Chciał pokazać, jak umiera komunikacja, jak rozpadają się więzi międzyludzkie (fakt powstania utworu kilka lat po II wojnie światowej ma tu oczywiście swoje konotacje). Obserwując rzeczywistość Anno Domini 2025, ma się wrażenie, że pod tym względem jest tylko gorzej. Ludzie już nie tylko nie potrafią ze sobą rozmawiać – coraz częściej nie mają nawet ochoty się widzieć. Wystarcza im pobieżny kontakt wirtualny.
Podsumowując: Łysa śpiewaczka to sprawnie zrealizowany spektakl z ciekawymi rolami i interesującą scenografią. Na poziomie prowadzenia akcji i języka – ogląda się go bardzo dobrze. Zabrakło jednak tego, co kryje się pod powierzchnią komicznych sytuacji. Brakuje spojrzenia w otchłań. Daliście ludziom dobrą rozrywkę – pozwólcie się im również bać.
fot. Teatr Praska 52 Kraków