Pożegnanie Joanny Kołaczkowskiej. Głos, który zostaje
Joanna Kołaczkowska nie odeszła naprawdę – jej głos, obecność i wyjątkowa wrażliwość wciąż rezonują w pamięci widzów i na scenie, którą tak kochała.
fot. Facebook / Kabaret Hrabi
Joanna Kołaczkowska nie odeszła naprawdę – jej głos, obecność i wyjątkowa wrażliwość wciąż rezonują w pamięci widzów i na scenie, którą tak kochała.
fot. Facebook / Kabaret Hrabi
To nie jest tekst o śmierci. To tekst o obecności, która nie znika. O kobiecie, która – choć odeszła – dalej mówi. Głosem śpiewającym, komentującym, śmiejącym się, wzruszonym i wzruszającym. Joanna Kołaczkowska była jedną z tych artystek, których się nie zapomina, bo nawet jej milczenie na scenie miało swoją wagę – pisze Wiesław Kowalski.
Dla jednych była królową kabaretu – inteligentnego, absurdalnego, mocno osadzonego w polskiej codzienności, ale zawsze patrzącego na nią z dystansem. Dla innych – sceniczną partnerką, która nie dominowała, ale nadawała rytm. A dla mnie była czymś jeszcze – rodzajem lustra, w którym polska widownia mogła się przejrzeć i zobaczyć siebie takimi, jakimi naprawdę jesteśmy: śmiesznymi i tragicznymi zarazem.
Kołaczkowska była też wspaniałą aktorką. Widziałem ją choćby w gościnnym występie w Little Shop of Horrors na Scenie Relax. To nie był tylko kabaretowy epizod, ale pełnoprawna rola zagrana z ogromnym wyczuciem formy musicalowej. Wcieliła się w postać, która tworzyła na scenie coś w rodzaju przewrotnego alter ego całego spektaklu – jakby patrzyła na tę historię z dystansem, ale i z czułością wobec ludzkich słabości. Nie przeciągała sceny swoją obecnością – budowała napięcie subtelnie i celnie. Każda kwestia miała w sobie i ironię, i głęboko ludzki ton.
Jej interpretacja piosenek – oszczędna w gestach, a bogata w emocje – przypominała, że Kołaczkowska nie tylko potrafi rozśmieszyć, ale też wzruszyć i zmusić do zatrzymania się. Nie budowała postaci przez przerysowanie, lecz przez prawdę. W tym musicalu, który z założenia jest pastiszem, potrafiła znaleźć momenty autentyczności – i to jest sztuka. Jej głos – rozpoznawalny, miękki, a jednocześnie niosący wyraźny ciężar znaczeń – nadawał całemu spektaklowi inny rytm. Scena, w której stawała z boku, by jednym spojrzeniem „podprowadzić” widownię pod kolejny absurd – była mistrzowska. Publiczność śmiała się z tekstów, ale czuła, że gdzieś pod spodem ta groteska mówi coś prawdziwego o naszych lękach i potrzebach.
W Teatrze Kamienica miałem okazję zobaczyć ją również w spektaklu Dzień świra w reżyserii Marcina Kołaczkowskiego. To była rola inna – bardziej powściągliwa, oparta na niedopowiedzeniach i napięciu codzienności. Jej obecność działała jak punkt ciężkości – nie dominowała, ale przyciągała uwagę. W jednej sekwencji potrafiła uchwycić całą złożoność kobiecego doświadczenia w świecie pełnym męskiego chaosu i frustracji. Bez emfazy, bez krzyku – a jednak z ogromną siłą. Widziałem, jak sala przestaje się śmiać i zaczyna słuchać. To był teatr zbudowany na obecności – a obecność Joanny Kołaczkowskiej była nie do podrobienia.
W tym samym teatrze brała również udział w nagraniu filmowym spektaklu Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus w reżyserii Jakuba Przebindowskiego. To sztuka o relacjach – niby komedia, niby poradnikowy żart – ale kiedy ona mówiła o kobiecej emocjonalności, o nieporozumieniach między płciami, czuło się, że to coś więcej niż tylko scena. Że mówi z doświadczenia. Jej lekkość szła w parze z ironią, a ironia z czułością. Dawała temu spektaklowi coś, czego nie da się zapisać w scenariuszu – ludzką głębię.
Nie sposób pominąć jej udziału w projektach filmowych i telewizyjnych – najczęściej gościnnych, ale nigdy anonimowych. Gdziekolwiek się pojawiała, nie pozostawała „na drugim planie”. Miała w sobie ten rzadki rodzaj energii, który nie krzyczy, a i tak przyciąga uwagę. A gdy już ją miała – korzystała z niej z czułością i precyzją.
Dla wielu najważniejsza pozostanie jej twórczość kabaretowa – zarówno w legendarnej grupie Potem, jak i w Hrabi. Jej sceniczne wcielenia były skrojone na miarę – wyraziste, ale nigdy przeszarżowane. Kiedy mówiła, że „nie wie, co powiedzieć” – mówiła wtedy najwięcej. Gdy się zawieszała – śmialiśmy się, ale to był śmiech z samych siebie, nie z niej. Miała dar zatrzymywania czasu. Jednym spojrzeniem potrafiła rozbroić napięcie, jednym zdaniem otworzyć zupełnie nową perspektywę.
To była sztuka codzienności, ubrana w kabaretową formę, ale sięgająca głębiej. Kołaczkowska nie tworzyła postaci – ona je uruchamiała. Dawała im głos, ciało i chwilę prawdy, która zostawała z widzem na długo po zakończeniu występu.
Dziś wiele osób mówi, że „coś się skończyło”. Być może. Ale też coś zostało – i to coś bardzo ważnego. Został ślad jej głosu, który brzmi nie tylko w archiwalnych nagraniach, ale i w naszej pamięci. I nie trzeba go nawet cytować. Wystarczy zamknąć oczy – i już się wie: to ona.