Pożegnanie Janusza Wiśniewskiego
Janusz Wiśniewski odszedł, ale pozostawił po sobie teatr, który nie potrzebował słów, by poruszać – wystarczyły obraz, rytm i milczenie, by dotknąć najgłębszych emocji.
Janusz Wiśniewski odszedł, ale pozostawił po sobie teatr, który nie potrzebował słów, by poruszać – wystarczyły obraz, rytm i milczenie, by dotknąć najgłębszych emocji.
Wczoraj dotarła do nas smutna wiadomość o śmierci wybitnego reżysera Janusza Wiśniewskiego. Dzisiaj wspominamy tego wyjątkowego artystę i jego niepowtarzalną wizję teatru słowami Wiesława Kowalskiego.
Niełatwo pisać o kimś, kto przez lata kształtował nie tylko estetykę teatru, ale także nasze myślenie o teatrze. Janusz Wiśniewski – reżyser, scenograf, plastyk, wizjoner – był jednym z tych twórców, których obecność na scenie wyczuwało się zanim padło pierwsze słowo. Bo słowa w jego teatrze nigdy nie były najważniejsze.
Uwielbiałem teatr obrazu, kompozycji, rytmu – teatr, który nie tłumaczy, lecz zaprasza do patrzenia. U Wiśniewskiego każde przedstawienie przypominało wielką partyturę sceniczną: dopracowaną, przemyślaną, a jednak pełną ukrytych emocji. Potrafił tworzyć światy oderwane od codzienności, ale przemawiające do nas przez uniwersalne tematy – samotność, śmierć, upadek wartości, groteskę współczesności.
Wszystko zaczęło się w Słupsku
To tam, jako młody widz, zetknąłem się z jego teatrem po raz pierwszy. Widziałem Aptekarza – kameralny spektakl o mocy wyrazu, która utkwiła mi w pamięci. Nie rozumiałem jeszcze szczegółów, ale ogromnie mnie uderzyło, w jaki sposób komponował obraz, rytm i ciało aktora w przestrzeni. Jakby obudził we mnie nowy alfabet teatralny.
Mimo kameralnej formy, Aptekarz niósł wszystko, co później stało się znakiem rozpoznawczym Wiśniewskiego: rygor formy, głębię symboliczną, ascetyczne piękno. To właśnie przez to przedstawienie odkryłem teatr, który nie objaśnia rzeczywistości – lecz czyni ją intensywniejszą.
Spotkania z jego kolejnymi spektaklami – Modlitwa chorego przed nocą, Panopticum à la Madame Tussaud, Koniec Europy – były jak wejścia do świątyni innego języka. Sygnifikacja rodziła się tam z rytuału, powtarzalności i ekspresji ciała. Malarstwo, gest, symbol – nic nie było tam przesadne, a jednak wszystko pulsowało głębokim sensem. Teatr, który z pozoru wydaje się chłodny i zapraszający do kontemplacji, uderza w emocje z nieoczekiwaną mocą.
Wiśniewski nie był twórcą ulegającym modom. Nie czerpał z bieżących tematów. Jego sztuki nie szukały uproszczonej komunikacji z widzem – szukały duchowej prawdy. Może z tego powodu nie został artystą masowym. Ale pozostał wierny sobie – konsekwentnie, z własnym idiomem.
Był też nauczycielem artystycznej precyzji. Dla aktorów praca z nim była wymagającym, ale formującym doświadczeniem. Milczenie potrafiło ważyć tyle co słowo. Dawał przestrzeń do działania, ale jednocześnie nie sprzyjał żadnemu lekceważeniu – wymagał pełnej obecności i zaangażowania.
Był twórcą totalnym, konstruującym nie tylko przekaz, ale każdy detal – scenografię, kostium, światło. W jego operowych realizacjach – jak Goplana – opera odzyskiwała głębię filozoficzną. Pokazywał, że opera może być współczesna i duchowa zarazem.
Wiśniewski sięgał głęboko – do mitu, zbiorowej pamięci, archetypów. Jego inscenizacje były społecznymi rytuałami – świętami sztuki, balansującymi między żartem i powagą. Jego zdolność łączenia sprzeczności, zbudowania dramaturgii w obrazie, a nie w tekście – była jego znakiem firmowym.
Kiedy patrzę dziś na jego dorobek, widzę artystyczną konsekwencję i odwagę. Teatr, który nie starał się podobać wszystkim, ale mówił własnym głosem. Teatr wymagający, chłodny na zewnątrz, lecz poruszający wewnątrz, zostający w pamięci na długo.
Z odejściem Janusza Wiśniewskiego kończy się epoka – epoka twórców wiernych własnej wizji. Nie potrzebował wyróżnień, mediów, nagród. Potrzebował sceny, światła i ciszy. A język, który stworzył – choć dzisiaj może mniej popularny – wciąż żyje.
Dziękuję Ci, Panie Januszu, że nauczyłeś mnie, czym może być teatr. Że pokazałeś, jak milczeniem zbudować gest, z cienia – postać, z absurdu – pytanie o sens. Niech Twoje obrazy żyją dalej – w pamięci widzów, inspiracjach młodych artystów i wspomnieniach teatru, który miał odwagę być inny.
Fot. Encyklopedia Teatru Polskiego