Dla pokolenia dorastającego w latach 70. piosenki Magdy Umer były jednym z ważniejszych kanałów kontaktu z poezją. Utwory takie jak „Groszek pachnący” — śpiewana interpretacja wiersza Andrzeja Trzebińskiego — funkcjonowały nie tylko jako piosenki literackie, lecz także jako nośniki zbiorowej pamięci o wojennym doświadczeniu i tragicznych biografiach poetów. Równolegle słuchaliśmy Ewy Demarczyk śpiewającej Baczyńskiego, Pawlikowską-Jasnorzewską czy Leśmiana; poezja była wówczas obecna w obiegu popularnym, a jednocześnie zachowywała swój egzystencjalny ciężar.
Te teksty — opowiadające o niespełnieniu, utracie, zawiedzionych relacjach — wpisywały się w emocjonalny krajobraz młodego pokolenia. Doświadczenia osobiste, takie jak rozstania, niewypowiedziane słowa czy zerwane więzi, nakładały się na wrażliwość kształtowaną przez literaturę i muzykę. Poezja śpiewana pełniła funkcję medium, które porządkowało i nazywało emocje, nie popadając przy tym w dosłowność.
Moje licealne lata przypadły na czas intensywnego kontaktu z teatrem. Jako uczniowie klasy humanistycznej regularnie jeździliśmy do warszawskich teatrów, a także uczestniczyliśmy w przeglądach teatralnych organizowanych w moim rodzinnym mieście. Aktorzy byli postaciami rozpoznawalnymi, obecnymi w zbiorowej wyobraźni, a teatr stanowił ważny punkt odniesienia dla kształtującej się tożsamości kulturowej.
Magda Umer była wówczas jedną z figur tej wrażliwości. Jej sceniczna obecność — oszczędna, skupiona, oparta na słowie — współtworzyła melancholijny idiom epoki. Wiele młodych kobiet identyfikowało się z tym stylem, odnajdując w nim echo własnych doświadczeń i emocji. Piosenki Agnieszki Osieckiej czy Seweryna Krajewskiego, interpretowane przez Umer, funkcjonowały na styku intymności i kulturowej wspólnoty.
Szczególnym punktem odniesienia pozostaje dla mnie „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Adama Hanuszkiewicza, którego premierę w Teatrze Narodowym w 1974 roku miałam okazję zobaczyć. Magda Umer wystąpiła wówczas w roli Racheli — postaci ujętej w sposób wyraźnie poetycki, a zarazem osadzony we współczesnej estetyce. Spektakl, grany przez osiem lat, budził skrajne emocje: dla jednych był odważnym odbrązowieniem narodowych mitów, dla innych — efekciarską ingerencją w kanon.
Hanuszkiewicz proponował inscenizację, która aktualizowała „Wesele” poprzez współczesne kostiumy, muzykę i skróty znaczeniowe, skupiając się na uniwersalnych problemach polskiego społeczeństwa: niemożności porozumienia, bierności elit, społecznych podziałach. W kontekście ówczesnej sytuacji politycznej odczytywano te gesty jako znaczące i prowokacyjne.
Z perspektywy czasu interesujące jest także zestawienie tej inscenizacji z późniejszym filmem Andrzeja Wajdy — oba „Wesela” funkcjonują dziś w mojej pamięci jako dwa różne, lecz wzajemnie dopełniające się obrazy tego samego dramatu. Emocjonalna reakcja na zmianę obsady w roli Racheli — zastąpienie Magdy Umer Mają Komorowską — pokazuje, jak silnie osobiste doświadczenie teatralne splata się z przywiązaniem do konkretnej interpretacji.
Słowa Magdy Umer o „pięknym, spełnionym życiu” i gotowości do odejścia prowokują pytanie o zamknięcie pewnej formacji kulturowej. Być może jest to moment symbolicznego domknięcia wrażliwości, w której poezja, teatr i piosenka literacka tworzyły wspólny język doświadczenia pokoleniowego.
https://www.magdaumer.pl/