Pogrzeb złudzeń
O spektaklu dyplomowym „Miejsce na ziemi” Konrada Hetela w reż. autora Wydziału Aktorskiego Łódzkiej Szkoły Filmowej na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi pisze Wiesław Kowalski.
Spektakl dyplomowy „Miejsce na ziemi” to przenikliwy, miejscami brutalnie szczery portret kondycji młodych aktorów wchodzących w dorosłe życie zawodowe. Nie jest to przedstawienie o śmierci rozumianej dosłownie, lecz symboliczna ceremonia żałobna po marzeniach wyniesionych ze szkoły teatralnej – pełnych ideałów, pasji i aspiracji, które boleśnie zderzają się z realiami współczesnej sceny i rynkiem pracy w kulturze. Narracja osnuta jest wokół postaci Gabriela – jednego z nich – którego samobójcza śmierć staje się katalizatorem spotkania dawnych znajomych z roku.
To właśnie jego pogrzeb, odbywający się w klaustrofobicznej przestrzeni domu żałoby, tworzy ramę wydarzeń scenicznych. Dorian, Matylda, Mateusz i inni wracają – jedni z poczucia obowiązku, inni z nadzieją na odnowienie kontaktów, jeszcze inni z nie do końca jasnymi intencjami. Ich zachowania oscylują pomiędzy nostalgią, cynizmem a desperacką próbą zachowania resztek godności. Sceny układają się w formę krótkich, intensywnych epizodów – przypominają rozbity album zdjęć, w którym każda kolejna karta opowiada o innym rozczarowaniu, stracie lub niewypowiedzianym żalu.
W spektaklu pojawia się wyraźna opozycja pomiędzy przyjezdnymi aktorami a rodzeństwem prowadzącym zakład pogrzebowy – Maćkiem i Magdą. Maciej – perfekcyjny, sztywny mistrz ceremonii – trzyma się rytuału. Magda natomiast, niespełniona aktorka, traktuje pogrzeb jako okazję, by „zostać odkrytą”. Jej monolog: „Ja nie muszę przebierać się za karalucha, żeby się ze mnie śmiali” – to ironiczny komentarz do losu tych, którzy wciąż wierzą, że teatr coś zmieni. Dla niej to jeszcze marzenie, dla innych – już przekleństwo.
Postaci grane są pod własnymi imionami. Ten zabieg buduje mocną autotematyczną warstwę – aktorzy projektują na scenie swoje potencjalne przyszłości, grają siebie za kilka lat, kiedy fascynacja zawodem ustąpi miejsca frustracji i wypaleniu. Pojawia się pytanie: czy to jeszcze gra, czy już spowiedź? Wypowiedź Doriana: „Miałem być głównym bohaterem, a jestem tłem” staje się metaforą całego pokolenia wchodzącego w zawód, który nie gwarantuje ani pracy, ani sensu, ani nawet godności.
Znakomicie prowadzona przestrzeń – rzędy krzeseł naprzeciwko widowni – staje się lustrzanym odbiciem sytuacji aktorów i widzów. Minimalizm scenograficzny (urna, fioletowa tkanina, rytmiczne światło) podkreśla żałobny, duszny klimat spektaklu, ale także ironicznie komentuje jego treść: tu wszystko jest równocześnie na serio i „na próbę”.
Hetel świadomie operuje tonem tragifarsy. Wątki komiczne – blanty, niedoprasowane koszule, śmieszności zawodowego zaplecza – nie łagodzą tragedii, lecz ją pogłębiają. Humor staje się mechanizmem obronnym; bez niego postaci prawdopodobnie nie byłyby w stanie przetrwać. Spektakl nie oskarża ani nie moralizuje – pokazuje system od środka, poprzez doświadczenie tych, których zepchnął na margines.
W finale – w narkotycznym widzie – pojawia się duch Gabriela, a z głośników płynie „Forever Young”. To nie hymn młodości, lecz jej epitafium. Gabriel – ten, który „wysiadł” – zostaje na zawsze młody, nie musi już udowadniać niczego ani sobie, ani innym. Pozostali muszą nauczyć się żyć w świecie bez iluzji, znaleźć swoje miejsce – na ziemi, nie na scenie.
fot. Janek Sokala/Teatr Studyjny w Łodzi