Opowieść rodzi się tu na styku szorstkich brył i ciał aktorów, w przestrzeni pomiędzy umownością a teatralnością. Mały Książę nie jest tu „ładny” ani subtelny jak róża – rozwija wrażliwość, nie tylko wyobraźnię.
Spektakl w adaptacji i reżyserii Filipa Jaśkiewicza, ze scenografią Katarzyny Leks, nie odwołuje się do plastycznej wizji autora tej ponadczasowej historii. Bohater nie nosi podbitego karmazynem płaszcza ani szpady. Jest zwykłym chłopcem, ubranym w beżowe, codzienne ubranie.
Twórcy wychodzą z założenia, że dziecięca wyobraźnia bez trudu dostrzeże baranka w drewnianym prostopadłościanie. Planety, które odwiedza mały przybysz z odległej gwiazdy, tworzą wielościany z jasnej sklejki, z wyciętymi w różnych miejscach otworami. Ciała aktorów – ręce, nogi, głowy – stają się odrębnymi obiektami, animantami. Między aktorem a przedmiotem powstają napięcia prowokujące sceniczne działania i rozwój sytuacji.
Precyzyjna animacja geometrycznych brył, błyskotliwe operowanie światłem oraz zespołowość gry aktorskiej budują spójną, pełną rzeczywistość sceniczną. Zaletą przedstawienia jest nie tylko rytmizacja wszystkich jego warstw, lecz także wyraziste, dynamiczne postacie.
Kanciasta forma nie tylko nie przeszkadza poetyckiej treści, ale ją uwydatnia – poprzez wieloznaczność i wielofunkcyjność scenicznych obiektów. Korona może być więc prostopadłościanem, a dzień zmienia się w noc po zgaszeniu lampy. Prostota tych rozwiązań, wywiedziona z dziecięcych zabaw i zakorzeniona w idei teatru Jana Dormana, zaskakuje i bawi.
Z jednej strony oglądamy dziecięce zabawy klockami, napędzane swobodną grą skojarzeń; z drugiej – mozolne budowanie międzyludzkich więzi, stanowiące nieodłączny element tworzenia relacji społecznych. To właśnie próbuje czynić Mały Książę (Maciej Jabłonowski) – samotny, jak samotne bywa dziecko wśród rówieśników na podwórku. Nie pomaga mu w tym kapryśna Róża (Dagmara Włoszek-Rabska), grająca w swoją grę przywołań i uników.