Poetycka siła mitu w choreografii Pastora
O spektaklu „Prometeusz” w choreografii Krzysztofa Pastora w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie pisze Wiesław Kowalski.
Nieczęsto się zdarza, by Krzysztof Pastor pokazywał w Warszawie premierę, której świat nie znał wcześniej. Zazwyczaj jego prace mają za sobą międzynarodową historię scenicznego życia. Tym bardziej warto zatrzymać się przy jego nowym „Prometeuszu” – spektaklu, który od pierwszych chwil przykuwa uwagę, a po wyjściu z teatru zostawia odbiorcę z przemyśleniami, które nie dają się łatwo uciszyć. To balet mocno osadzony w emocjach, dopracowany w formie, a przy tym mądry i odważny w swoim przesłaniu.
Pastor podzielił dzieło na dwie części – różne w tonie, lecz dopełniające się znaczeniowo. W pierwszej z nich sięga bezpośrednio do mitu: z ziemi wyłaniają się ludzie, obecni są Uranos i Gaja, a następnie główni bohaterowie – Prometeusz, jego brat Epimeteusz, Pandora i Zeus. Pandora otrzymuje od bogów zamknięte naczynie – jego otwarcie przynosi katastrofalne skutki. Całość rozgrywa się w przestrzeni wyraźnie nacechowanej symboliką: monumentalne kostiumy, gesty przypominające rytuały i starannie skonstruowane obrazy zespołowe tworzą wizję mocną plastycznie, a przy tym przemyślaną narracyjnie. Ilustracją muzyczną są fragmenty XI Symfonii Philipa Glassa oraz fortepianowy „Mad Rush”. Repetetywna, transowa struktura tych utworów działa z jednej strony hipnotycznie, z drugiej – w dłuższym odbiorze zaczyna spłaszczać dramaturgię. Widz oczekuje muzycznego przełamania, które pojawia się dopiero później.
Druga część spektaklu przynosi wyraźną zmianę tonu. Mit staje się tu punktem wyjścia do osobistej opowieści – bardziej emocjonalnej niż fabularnej. Relacje między postaciami nie są już tylko częścią legendy – stają się obrazami uczuć, pragnień, cierpienia. Zeus przestaje być wyłącznie wszechwładnym bogiem – zyskuje rysy ludzkie. Pandora otwiera puszkę raz jeszcze – tym razem wydobywa z niej nadzieję. Końcowe sceny przynoszą obraz spustoszenia: czerń i czerwień, światło i cień, płonące projekcje. Nad wszystkim unosi się „Requiem” Mozarta – muzyka, która w tym kontekście nabiera innego ciężaru: nie jako sakralne dzieło, lecz jako głos wewnętrznej żałoby i egzystencjalnej refleksji. Dla mnie to był moment największego poruszenia – obraz i dźwięk uderzyły z pełną siłą.
Choreografia Pastora jest tu wyjątkowo oszczędna, wręcz ascetyczna – nie szuka efektów, tylko klarownie prowadzi myśl. Ruch nie służy pokazowi sprawności, ale opowiadaniu – a raczej wywoływaniu stanów i nastrojów. Znakomite są partnerowania, bardzo precyzyjne układy grupowe, dobrze prowadzona dynamika całości. Szczególną uwagę przyciągają soliści. Vladimir Yaroshenko jako Zeus imponuje gestem, wyrazem i fizyczną elegancją. Paweł Koncewoj pokazuje Epimeteusza z czułością i dramatyzmem. Prometeusz Patryka Walczaka to postać pełna siły, ale też wewnętrznego rozdarcia – naprawdę przejmująca interpretacja. Kristóf Szabó jako Orzeł zachwyca kontrolą nad ciałem i trudnym kostiumem – jego solo w drugiej części robi ogromne wrażenie. Chinara Alizade w roli Pandory porusza techniczną finezją i dramatycznym napięciem – jej obecność na scenie jest magnetyczna.
Zespół Opery Narodowej również zaprezentował się bardzo mocno – wyczuwało się zaangażowanie, skupienie i świadomość przekazu. Sceny zbiorowe mają tu swoją wagę i nie są jedynie tłem, lecz współtworzą świat spektaklu.
Dla mnie „Prometeusz” Pastora to nie tylko reinterpretacja mitu – to także próba uchwycenia czegoś znacznie bardziej złożonego. Tego, jak niewinna decyzja – jak dar – może nieść skutki trudne do przewidzenia. Ogień, który w tym spektaklu symbolizuje postęp i wiedzę, jest też metaforą utraty kontroli nad tym, co sami wytwarzamy. Pastor nie stawia jednoznacznych tez. Raczej zostawia przestrzeń, w której rodzą się pytania. O naszą odpowiedzialność. O relację z naturą. O granice naszej ambicji.
Ten spektakl zostaje w pamięci – nie dlatego, że jest efektowny, ale dlatego, że trafia do emocji. I do sumienia. To przykład baletu, który angażuje nie tylko zmysły, ale i myślenie. Takiej sztuki – zwłaszcza dziś – bardzo potrzebujemy.
Fot. Ewa Krasucka/TW-ON