Są aktorki, które widuje się często na scenie – śledzi się ich kolejne role, dojrzewanie, zmiany tonu i temperamentu. Są też takie, które wchodzą do naszego życia inną drogą: przez ekran telewizora, przez kabaret, przez głos i rytm frazy. Barbara Wrzesińska należy – przynajmniej w moim teatralnym doświadczeniu – do tej drugiej kategorii. Na scenie widywałem ją rzadziej, niż bym chciał. Za to w telewizji była obecna intensywnie, niemal formacyjnie. I dziś, w dniu jej urodzin, to właśnie ta podwójność wydaje mi się najciekawsza.
Bo Wrzesińska to aktorka paradoksu. Z jednej strony – solidny rodowód teatralny: Axer, Swinarski, Kreczmar, Brecht, Albee, Mrożek. Role we Współczesnym, Ateneum, Narodowym. Marta w Kto się boi Virginii Woolf?, Ala w Tangu, Molly w Operze za trzy grosze. Z drugiej – Panna Basieńka, jedna z najbardziej rozpoznawalnych figur kabaretu Olgi Lipińskiej. Postać, która przylgnęła do niej tak mocno, że na długie lata przykryła całą resztę.
A przecież to właśnie ta „kabaretowość” Wrzesińskiej była zawsze podszyta czymś więcej niż czystą farsą. Jej komizm nigdy nie był tani. Był precyzyjny, oszczędny, często podszyty melancholią albo ironią tak delikatną, że łatwo było ją przeoczyć. W kabaretach Lipińskiej – oglądanych masowo, wspólnie, niemal rytualnie – Wrzesińska miała dar grania kobiety uwikłanej: w system, w konwenans, w absurd codzienności. Śmieszyła, ale jednocześnie zostawiała w widzu drobne ukłucie niepokoju.
Na scenie, gdy miałem okazję ją zobaczyć, uderzało mnie coś innego: chłód formy i dyscyplina. W Łysej śpiewaczce nie szukała łatwych efektów, raczej pilnowała konstrukcji absurdu. W Iwonie, księżniczce Burgunda jako Królowa – w ostatnim spektaklu, w którym ją widziałem – była zdystansowana, surowa, niemal geometryczna. Jakby mówiła: „emocje są wtórne, najpierw myśl”. To aktorstwo, które nie zabiega o sympatię widza, tylko o sens.
Telewizja była dla niej osobnym, ogromnym rozdziałem. Teatr Telewizji – od Fredry po Strindberga, od Gelmana po Millera – stał się przestrzenią, w której mogła pokazać skalę: od groteski po dramat psychologiczny. Cykl Z pamiętnika szalonej gospodyni to dziś dokument epoki, ale też popis aktorki, która potrafiła przez kilkadziesiąt odcinków utrzymać postać na granicy farsy i prawdy o codziennym szaleństwie.
Nie była aktorką „łatwą”. Nie kokietowała widza. Czasem wydawała się surowa, czasem zbyt intelektualna, czasem – zwłaszcza w teatrze – jakby grała obok emocji. Ale właśnie w tym tkwiła jej siła. Była aktorką myślącą, z wyczuciem formy, z dystansem do własnego wizerunku, z umiejętnością ironicznego autoportretu.
Dziś, kiedy myślę o Barbarze Wrzesińskiej, myślę o aktorce, która należała do czasu, gdy teatr, kabaret i telewizja nie były jeszcze oddzielnymi światami. Gdy aktor mógł jednego wieczoru grać Albee’ego, a następnego – demaskować absurd rzeczywistości w kabarecie. I robić to bez poczucia sprzeczności.
Urodziny są dobrym pretekstem do wspomnień, ale jeszcze lepszym – do przypomnienia, że za Panną Basieńką stała wielka, konsekwentna aktorka dramatyczna, której dorobek warto oglądać bez skrótów i uproszczeń. Nawet jeśli nie widywaliśmy jej często na scenie – była z nami. I to wystarczy, by zapisać się w historii polskiego teatru i telewizji bardzo trwale.