Sobotni program rozpoczęła poezja – czytana przez uczestników festiwalu, później interpretowana przez aktorów, następnie analizowana przez autorów biografii, by wieczorem ustąpić miejsca muzyce Leszka Możdżera. Choć wydarzenia miały różny charakter, wszystkie prowadziły do tego samego celu – spotkania z drugim człowiekiem poprzez sztukę. W Czarnolesie po raz kolejny udało się stworzyć przestrzeń, w której literatura, teatr i muzyka nie rywalizują ze sobą, lecz wzajemnie się uzupełniają.
Każdy mógł zostać poetą
Drugi dzień festiwalu rozpoczął „Mikrofon otwarty na poezję” – wydarzenie, które udowodniło, że poezja nie należy wyłącznie do poetów i krytyków literackich. Przeciwnie. W Czarnolesie mikrofon otrzymał każdy, kto chciał podzielić się z innymi ukochanym wierszem lub własną twórczością.
Nie liczyło się doświadczenie sceniczne ani literacki dorobek. Ważniejsza była odwaga, by stanąć przed publicznością i przeczytać tekst, który z jakiegoś powodu jest bliski sercu.
To właśnie dzięki takim spotkaniom festiwal nabiera wyjątkowego charakteru. Obok zawodowych artystów pojawiają się ludzie, którzy na co dzień wykonują zupełnie inne zawody, ale łączy ich jedno – miłość do poezji.
Publiczność mogła poznać między innymi pana Krzysztofa z Warszawy czy panią Małgorzatę z Julianowa. Wśród prezentowanych utworów znalazły się wiersze Juliana Kornhausera, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, a także Jana Kochanowskiego, którego obecność w Czarnolesie wydaje się czymś zupełnie naturalnym.
Nie zabrakło również autorskich tekstów uczestników. Jednym z najbardziej poruszających momentów spotkania okazała się interpretacja wiersza Wiktorii Ameliny – ukraińskiej pisarki, poetki i działaczki społecznej, która zginęła w 2023 roku w wyniku rosyjskiego ataku rakietowego. Jej twórczość wybrzmiała w Czarnolesie z wyjątkową siłą, przypominając, że poezja potrafi być nie tylko sztuką, ale również świadectwem czasu.
W czasie spotkania pojawiały się również rozmowy o języku. Jedno z mniej znanych słów – simulacrum, oznaczające obraz lub przedstawienie czegoś istniejącego, swoisty odpowiednik rzeczywistości – stało się punktem wyjścia do krótkiej dyskusji o znaczeniu poezji i sposobach opisywania świata.
Szczególnie zapadły w pamięć słowa jednego z uczestników, pana Marka z Warszawy.
– Poezja jest lustrem. Odbija nie tylko wydarzenia, ale także nasze postawy – powiedział, wprowadzając publiczność do czytanego przez siebie wiersza Wiktorii Ameliny.
Była to jedna z tych krótkich wypowiedzi, które najlepiej podsumowały atmosferę sobotniego przedpołudnia. Poezja rzeczywiście stała się tego dnia lustrem – odbijającym emocje, doświadczenia i pamięć.
Poezja nie przestraszyła się deszczu
Kolejnym wydarzeniem było spotkanie „Poezja na głos”, podczas którego Anna Gryszkówna i Piotr Grabowski zaprosili publiczność do wspólnej podróży przez utwory najwybitniejszych polskich poetów.
Artyści sięgnęli po twórczość Zuzanny Ginczanki, Juliana Tuwima, Władysława Broniewskiego, Wisławy Szymborskiej, Adama Asnyka, Anny Świrszczyńskiej, a także – co w Czarnolesie wydaje się niemal obowiązkowe – Jana Kochanowskiego. Szczególnie poruszająco zabrzmiała „Na lipę”, odczytana niemal u stóp legendarnego czarnoleskiego drzewa.
Spotkanie miało niezwykle kameralny charakter. Nie było teatralnych efektów ani rozbudowanej scenografii. Były słowa i dwoje aktorów, którzy pozwolili im wybrzmieć z całą siłą.
Natura postanowiła jednak dopisać do tego wydarzenia własny komentarz.
W połowie czytania nad Czarnolasem rozpadał się intensywny deszcz. Przez chwilę wydawało się, że spotkanie trzeba będzie przerwać. Tak się jednak nie stało.
Publiczność została. Anna Gryszkówna i Piotr Grabowski, kontynuując interpretacje kolejnych wierszy mimo niesprzyjającej pogody. Deszcz nie przeszkodził w spotkaniu z poezją. Wręcz przeciwnie – dodał mu niepowtarzalnego klimatu, sprawiając, że sobotnie popołudnie na długo pozostanie w pamięci uczestników.
Był to jeden z tych momentów, których nie da się zaplanować, a które później najlepiej definiują atmosferę całego festiwalu.
Jak napisać czyjeś życie?
Jednym z najciekawszych punktów programu była inauguracja nowego cyklu „Biografie. Non fiction”. Spotkanie poprowadziła Justyna Sobolewska, a jej gośćmi byli Dorota Karaś, Marek Sterlingow oraz Cezary Łazarewicz – autorzy jednych z najważniejszych współczesnych polskich biografii i reportaży.
Rozmowa bardzo szybko wyszła poza ramy promocji książek. Stała się opowieścią o odpowiedzialności za cudzą pamięć, o etyce pisania i granicach, których biograf nie powinien przekraczać.
Dorota Karaś i Marek Sterlingow opowiadali o pracy nad książkami poświęconymi Annie Walentynowicz i Jerzemu Urbanowi. Jak przyznali, pierwsza z bohaterek była im bliska także dlatego, że przez lata pozostawała ich sąsiadką. Urban z kolei fascynował ich jako postać niezwykle kontrowersyjna.
– Byłem pewien, że on nigdy prawdy nie powie – mówił Marek Sterlingow, opisując pracę nad biografią rzecznika prasowego rządu PRL.
Dorota Karaś dodawała, że Jerzy Urban posiadał niezwykle specyficzną konstrukcję psychiczną, co czyniło go bohaterem trudnym, ale zarazem niezwykle interesującym dla biografa.
Dyskusja zeszła również na temat granic prywatności.
Czy wszystko wolno opisać?
Czy istnieją fakty, które – nawet jeśli są prawdziwe – powinny pozostać przemilczane?
Autorzy nie unikali trudnych odpowiedzi. Opowiadali o dylematach związanych z ujawnianiem rodzinnych dramatów, uzyskiwaniem zgody bliskich bohaterów oraz odpowiedzialnością za słowo.
Najwięcej emocji wywołała odpowiedź Marka Sterlingowa na pytanie o idealnego bohatera biografii.
– Najlepszy bohater biografii? Martwy.
Wszyscy wybuchli śmiechem, ale po chwili autor wyjaśnił, że za tym żartem kryje się bardzo poważna refleksja. Pisanie o osobach żyjących oznacza bowiem nieustanne negocjowanie granic prywatności, emocji i odpowiedzialności.