Niełatwo pokazać historię, której siła tkwi przede wszystkim w rozmowie, a której przebieg wielu widzów zna niemal na pamięć.
„Dwunastu gniewnych ludzi” Sidneya Lumeta z 1957 r. to film rozgrywający się niemal w całości w jednym pomieszczeniu, a mimo to pełen napięcia, emocji i nieoczywistych zwrotów. Czarno-biały klasyk niezmiennie od prawie siedemdziesięciu lat wciąga widza od pierwszej minuty.
Spektakl Piotra Ratajczaka w warszawskim Teatrze Współczesnym jest bardzo bliski fabule filmowej wersji. Zmiany są niewielkie i raczej trudne do wychwycenia. Jeśli więc zdarzyło nam się już oglądać to wiekopomne starcie ławników na ekranie, nie zaskoczy nas ani finał historii, ani sposób, w jaki zostanie ona poprowadzona.
Na scenie oglądamy wyrównany zespół aktorów, dobrze odnajdujących się w rytmie zbiorowej dyskusji. Przy oszczędnych środkach reżyserskich przekonująco budują emocje na scenie – raz podsycając napięcie, a innym razem dając mu potrzebny upust. Postaci dramatu widzimy tylko w jednej, wyjątkowej sytuacji, odarte z szerszego kontekstu własnego życia i sprowadzone do grupy różnorodnych obywateli. Przy tak ograniczonym wglądzie w ich biografie łatwo byłoby stworzyć postaci schematyczne. Zbudowane przez aktorów sylwetki dwunastu szarych everymanów są jednak bardzo wiarygodne.
Scenografia Marcina Chlandy jest oszczędna – to surowa sala obrad z miejscami do siedzenia. Postaci na przemian zabierają w niej głos na stojąco, albo siedząc, przysłuchują się dyskusji. Przestrzeń pozostaje więc przede wszystkim tłem dla rozgrywającego się sporu, a inscenizacja nie próbuje w istotny sposób wyjść poza sytuację zapisaną w tekście.
Ciekawie wypadają kostiumy Grupy Mixer. Utrzymane są w tym samym odcieniu szarości, a jednak zróżnicowane – od lepiej lub gorzej skrojonych garniturów po kurtki i dresy. Dobrze wpisują się w koncepcję dwunastu zwyczajnych ludzi, reprezentujących różne doświadczenia i pozycje społeczne. Kolor wizualnie ich zrównuje, a różnice w ubiorze pozwalają zachować indywidualny rys. To trafny zabieg, który współgra z ideą przedstawienia.
Ta wierna adaptacja precyzyjnie dawkuje dynamikę. Kiedy trzeba, wywołuje śmiech na widowni i trzyma w skupieniu, ale przy tym też nie zaskakuje. Pozostawia jednak niedosyt teatralnego naddatku – pewnego dystansu, komentarza, czegoś, co nadałoby tej historii nowy sens i sprowokowało do myślenia nawet tych, którzy zdążyli już wcześniej wyrobić sobie zdanie o winie oskarżonego. Brakuje w niej gestu, który wykraczałby poza sprawne przeniesienie dobrze znanej historii na scenę.
Trzeba jednak przyznać, że tekst Reginalda Rose’a broni się sam. W epoce algorytmów nakręcających polaryzację i bezwzględnej kultury cancel culture spektakl Teatru Współczesnego staje się trafną diagnozą naszej chronicznej niezdolności do dialogu. Przypomina, że w świecie żądającym natychmiastowych opowiedzeń za którąś ze stron i zero-jedynkowych wyroków – wydawanych w takt kolejnych medialnych afer – największym luksusem i najtrudniejszym obowiązkiem wolnego człowieka jest prawo do wątpliwości. Ostatecznie to nie oskarżony chłopak zostaje ocalony, ale sama idea humanizmu, która domaga się zatrzymania i usłyszenia drugiego człowieka, zanim padnie ostateczne, niszczące słowo.
Teatr Współczesny