Slide
previous arrow
next arrow
O psie uwikłanym w mroczną historię nazizmu - Teatr dla Wszystkich

O psie uwikłanym w mroczną historię nazizmu

Na afiszu

O psie uwikłanym w mroczną historię nazizmu

O spektaklu „Żydowski pies” Ashera Kravitza w reżyserii Ewy Galicy w Teatrze Żydowskim w Warszawie pisze Anna Czajkowska. W jaki sposób i o czym myślą psy? Jak postrzegają świat i człowieka? Z kolei jak my oceniamy niezwykłe umiejętności czworonogów, doceniając (lub nie) fascynującą więź, łączącą człowieka z przedstawicielem świata zwierząt, owego bogactwa, do którego należymy wszyscy....
Opublikowano: 2024-01-17

O spektaklu „Żydowski pies” Ashera Kravitza w reżyserii Ewy Galicy w Teatrze Żydowskim w Warszawie pisze Anna Czajkowska.

W jaki sposób i o czym myślą psy? Jak postrzegają świat i człowieka? Z kolei jak my oceniamy niezwykłe umiejętności czworonogów, doceniając (lub nie) fascynującą więź, łączącą człowieka z przedstawicielem świata zwierząt, owego bogactwa, do którego należymy wszyscy. Człowiek to zwierzę, mawiają ludzie – zarzut czy raczej komplement? Takie tematy w zestawieniu z mrocznymi obrazami z czasów II wojny światowej pojawiają się w spektaklu granym na Małej Scenie Teatru Żydowskiego. Autorami scenariusza są Ewa Galica i Andrzej Michalski, którzy wspólnie dokonali adaptacji bestsellerowej książki Ashera Kravitza „The Jewish Dog”. W „Żydowskim psie” znajdziemy odmienne spojrzenie na Holokaust – prawdopodobnie nigdy wcześniej takiego nie było. Twórcy budują wizję tragicznych wydarzeń, bolesnego okresu dwudziestowiecznej historii Żydów, przyjmując daleką od ludzkiej perspektywę – znany kontekst nie kłóci się z narracją, nawet jeśli przejmuje ją niezwykły pies, uwikłany w ludzkie dzieje. Polityczny komentarz na temat upadku człowieczeństwa splata się tu filozoficznymi rozważaniami (sprytnie skrywanymi pod płaszczem dystansu i braku wartościowania czy oceny) i naiwnym, czasem głęboko ironicznym monologiem mądrego owczarka niemieckiego. Warto dodać, że młoda pani reżyser, studentka piątego roku kierunku Reżyseria Akademii Teatralnej w Warszawie omija pułapkę antropomorfizacji, nie próbuje uczłowieczać psa na siłę. Owczarek rozumie język ludzi, ale nie rozumie naszego świata. Tylko czy my sami go pojmujemy… .

Pies, który wabi się Caleb, przychodzi na świat w 1935 roku w Niemczech, gdzie antysemickie nastroje szybko dochodzą do głosu. Mieszka z żydowską rodziną Gottliebów, dobrze mu się wiedzie, ale wkrótce wszystko się zmieni. Ustawy norymberskie zakazują Żydom posiadania psa. Mądry zwierzak bywa pozostawiony sam sobie w różnych, często niebezpiecznych sytuacjach i trzyma się przy życiu głównie dzięki silnemu instynktowi przetrwania. Jego historia łączy się z ciągłymi zmianami imienia, zapachem ludzkiego smutku, strachu i mijającego czasu. Los wiedzie Caleba do nazistowskiej rodziny, gdzie otrzymuje miejsce na kanapie, frykasy do jedzenia i kolejne imię: Wilhelm. Jednak to nie koniec jego przygód – bohater pozna smak bezdomności, a zyskując nowego opiekuna, zdeklarowanego antysemitę Ralpha (postać dość nieoczywista, jak się okaże), jako Blitz przejdzie szkolenie i stanie się psem stróżem, oddelegowanym do obozu koncentracyjnego. Przed nim ostatni etap podróży – wraz z Ralphem wyrusza do Treblinki.

Scenariusz spektaklu nie trzyma się ściśle tekstu Kravitza. Ewa Galica i Andrzej Michalski zrezygnowali z niektórych wątków i postaci, pozbawili też całość łagodnej, przynoszącej ulgę nadziei. Chronologia zdarzeń przedstawionych w powieści też została zmieniona – na rzecz retrospekcji, powracających scen i skrótów. Początkowo zaciemnia to trochę (i chyba celowo) czytelność całości, ale nie na długo. Wzmacnia natomiast mocny, przejmujący wydźwięk inscenizacji, a od publiczności wymaga koncentracji i ciekawości. Linia dramaturgiczna spektaklu faluje, napięcie zmienia się, ale nie spada, a uwaga widza bywa nieustannie pobudzana. Poczucie bezsilności i pustki, brutalne bratobójstwo oraz ludzkie okrucieństwo (pomimo pozornej, chłodnej obserwacji i zwierzęcego, wyzutego z emocji badania nastrojów panujących dookoła) wybrzmiewa szczególnie mocno. Taki charakter scenicznej opowieści jest wielką zaletą reżyserskiego debiutu. Ewie Galicy udało się wykorzystać „psie oko” i pokazać żydowskie doświadczenia przed, w trakcie i po Holokauście z zaskakującej strony, bez monotonii i powtarzalności spojrzenia na ten tragiczny czas. W dodatku skuteczniej niż można przypuszczać.

Aktorzy występujący na kameralnej scenie wychodzą poza zapisane przez autora powieści słowa i pokazują dużo więcej, poruszając publiczność i intrygując. W tytułowego „Żydowskiego psa” i drugoplanową postać Zwrotniczego wciela się Jerzy Walczak. Aktor w szczególny sposób „bada umysł zwierzęcia”, które samo nie może o sobie niczego powiedzieć. Komentuje nie ulegając emocjom, które przecież muszą być bardzo silne. „Nie chcieliśmy udawać psów” – mówi Ewa Galica. „ Zapewne stąd wziął się pomysł, aby aktor zagrał tak naprawdę dwie postaci – człowieka, który próbuje opowiedzieć historię z perspektywy psa” – wyjaśnia. Czy bezstronność,  normalna u psów, ich przywiązanie do „kochającego” właściciela, niezależne od poglądów i stosunku tegoż do innych ludzi zmniejsza naszą ocenę wyrządzanego zła? Absolutnie nie. Jerzy Walczak jest „psem w psie”, skłaniając widza do refleksji nad „człowiekiem w człowieku”. Aktor gładko wchodzi w świat bezustannie zmieniających się, złożonych zapachów, zmysłowych odczuć, pokazuje jak zwierzę może czuć emocje, spojrzenie i język ciała innych stworzeń. I nie kopiuje przy tym – w irytujący sposób – zachowań czworonoga. Jego delikatność, umiejętność subtelnego prowokowania widza jest niezwykła. Nie inaczej u innych aktorów, którzy wchodzą w relacje z oglądającymi, zaczepiają spojrzeniem, wypowiadanym słowem, ale zawsze z koniecznym dystansem, pamiętając o czwartej ścianie i komforcie widza. Marcin Błaszak gra Ralpha – mężczyznę z ramienia SS opiekującego się Blitzem (tak nazwał teraz Caleba). Błaszak tak prowadzi swoją rolę, że mimo oczywistego stosunku do Żydów, poparcia dla faszyzmu, potrafi wzbudzić sympatię. Ujmująca więź, łącząca go z psem, współczucie i wrażliwość nie pozwalają na jednoznaczną ocenę tej postaci – na swój sposób tragicznej. W sztywną, bezwzględną doktor Dorotheę Klein wciela się – jakże udatnie – Małgorzata Trybalska. W kolejnych epizodach będzie jeszcze Hildegardą Dürer, żoną oficera SS, dumną z osiągnięć i pozycji męża. Wzorowa, ciepła, kochająca pani domu swoim uczuciem obejmuje też psa. Ale nie innych współobywateli, których traktuje jak „podludzi”. Takie zmiany, pokazane z uważnością i naturalnością, wymagają aktorskiego doświadczenia i pochylenia się nad niuansami w roli. Przyznaję – tego Małgorzacie Trybalskiej nie brakuje. Podobne podejście obserwuję u Rafała Rutowicza, godnego zapamiętania w podwójnej roli Teodora Dürera i żydowskiego urzędnika Kalmana Gottlieba. Charakter dwóch skrajnie różnych bohaterów przekonująco oddaje na scenie, cieniując wizerunki i nie popadając w przesadę. Wie, jak wykorzystać umiejętność frazowania, gest, nawet kostium. Szczegóły i symboliczne drobiazgi malują tu każdą z postaci. Oszczędność, swego rodzaju surowość inscenizacji, specyficzna retoryka każdego z bohaterów i bohaterek uderza. Sporo emocji skrywa w swej roli Joanna Przybyłowska czyli Shoshana Gottlieb. Jest w niej radość pomieszana z gorzkimi przeczuciami, beztroska z goryczą, a nawet szaleństwem. Jest urok i smutek. Nawet ironia. Trochę brawury dobrze robi scenicznej opowieści i właśnie te akcenty przemyca niepostrzeżenie aktorka. Zauważalna jest też jako Pani z parasolem, przynosząca smutne wieści Hildegardzie – niewielki epizod, ale znaczący.

Scenografia nie jest mocną stroną spektaklu, ale tak naprawdę wystarczą same aktorskie kreacje, by uznać spektakl za wielce udany i nowatorski. Na uznanie zasługuje za to symbolika, wyczarowana rekwizytem przez Marka Idzikowskiego, ruchem scenicznym (ot, zwykłe trzaskanie okien i drzwi, narastające napięcie i strach…). Kameralną przestrzeń wypełnia muzyka Michała Lazara i wyświetlane multimedia autorstwa Sefy Sagira. Dzięki nim podróż śladami psa, zmiany miejsc i czasu stają się możliwe. Wszystko dzieje się półmroku – tu kolejny ukłon w stronę Sefy Sagira, zmyślnie wykorzystującego grę świateł.

Pani reżyser tworzy spektakl nietuzinkowy, przygotowany z dbałością o szczegóły, które wzbogacają smak i estetykę całości. Wspólnie z zespołem wykorzystuje wyjątkowy nastrój, intrygując, drażniąc i stawiając pytania. Szacunek wobec wszystkich stworzeń – zwierząt i ludzi – nieustannie przyświeca autorom tego spektaklu (także aktorom) i wzbogaca myśl przewodnią. Widownia pozostaje z własnymi przemyśleniami, może nowym spojrzeniem na historię i niewątpliwym zachwytem oraz wzruszeniem.

fot. Marta Kuśmierz

Kategorie:


Cytat Dnia

„[…] idziemy do teatru i okazuje się, że literatura ze swoim porównaniem homeryckim, heksametrem, nadmiarowym nasyceniem historii bohaterami i zdarzeniami może mieć swoją sceniczną egzemplifikację, która mocniej działa na odbiorcę niż starożytny grecki epos w najlepszym tłumaczeniu”

PikWroclaw.pl o „Odysei”, reż. Małgorzata Warsicka; 27.01.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL