Andrzej Wajda myślał o inscenizacji „Nocy listopadowej” od lat 60. XX w. W jego zapiskach, a zwłaszcza w wydanych niedawno opasłych „Notesach”, namysł nad dramatem Wyspiańskiego pojawia się bardzo często. Wykorzystali to twórcy czytania performatywnego w Łazienkach Królewskich, którzy włączyli je do spektaklu.
Poznajemy proces pracy artysty nad najwybitniejszymi w historii teatru inscenizacjami „Nocy…” – scenicznej w Starym Teatrze w Krakowie w 1974 r. i realizacji w Teatrze Telewizji z 1978, nakręconej w scenerii Łazienek. Wajda pragnął za Wyspiańskim wystawić „Noc…” jako operę, stąd zamówienie muzyki u Zygmunta Koniecznego. Wystawienia jej nigdy nie doczekał sam Wyspiański, choć o nie zabiegał, było to jednak przedsięwzięcie wymagające od zawsze ogromnych kosztów i udało się dopiero rok po jego śmierci.
W zapiskach często pojawia się przekonanie reżysera o konieczności ukazania „Nocy listopadowej” w autentycznych plenerach, w parku. „Żadna scenografia nie zastąpi rzeczywistego obrazu Łazienek Królewskich w listopadową noc” – pisał Wajda. Wspomina też o konieczności znacznych skrótów. Marzy o stworzeniu widowiska telewizyjnego, myśli o obsadzie. Pociąga go duża przestrzeń parku. Tu ma się rozgrywać historyczna część dramatu, plan bogów i świat greckiej mitologii reżyser chce wykreować w studiu. „Secesyjni” bogowie mają być bardziej realni, a powstańcy mają być duchami i cieniami z porządku metafizycznego.
Śledzimy na przemian pieśni i dialogi z „Nocy…”. Dialog Kory i Demeter. Dialog Księcia Konstantego z Joanną.
Przeplecione jest to rozważaniami Wajdy na temat zmagania się z polskością, niemożności oderwania się od tego, co polskie, z cenzurą, z obowiązującą modą. „Czy istnieje trudniejsze zadanie niż bycie tłumaczem geniusza?” – pyta reżyser, nieraz biorący na warsztat literackie arcydzieła. Ma rozterki związane z pułapką trywialności czającą się za tym tłumaczeniem. To daje nam spojrzenie na dramat Wyspiańskiego od strony warsztatowej, z pewnego dystansu, bez emocji, bez niepodległościowej gorączki. Czytanie miało w sobie coś chłodnego i koturnowego, mimo września można było już poczuć chłód listopadowej nocy. Na ekranie były wyświetlane szkice kostiumów, dekoracji, fragmenty storyboardów.
Czytanie zaczyna się dynamicznie, czwórka aktorów pojawia się z latarkami na balkonach i w ciemnościach Teatru Królewskiego krzyczą „Do broni!”, dopiero potem pojawiają się na scenie przy pulpitach, niczym muzycy w orkiestrze. Najważniejszym przesłaniem dla twórców wydają się słowa z dramatu: „umierać musi, co ma żyć!”.
Czytanie mimo swojego dokumentalnego charakteru, formy swoistego teatralnego archiwum czy kolażu, odsłaniającego teatralne szwy, miało charakter podniosły, uroczysty, było to zderzenie myśli dramaturga z myślą inscenizatora. Wykorzystano i przywołano na nowo muzykę Zygmunta Koniecznego.
Słuchamy chóru umarłych, a potem zwierzeń Wajdy: „zawsze czułem respekt przed tą sceną!”. Możemy zastanawiać się, co w odbiorze Wyspiańskiego, dla nas dziś, w Teatrze Królewskim w Łazienkach, się zmieniło. Co nas porusza, a co pozostawia obojętnym, kiedy nie trzeba już zmagać się ani z carską, ani PRL-owską cenzurą.
Wajda robił próby w Starym Teatrze do trzeciej w nocy, czy i my z naszą zmienioną przez wyskakujące w internecie okienka percepcją, w wolnej Polsce, jesteśmy w stanie śledzić frazę Wyspiańskiego z wypiekami na twarzy? Jak działa na nas tekst, w którym splatają się poezja, muzyka i zapiski możliwości interpretacyjnych i inscenizacyjnych?
Aktorzy występują w kilku rolach naraz: antycznych bóstw, bohaterów dramatu ze świata realnego, a także artystów zmagających się z materią symbolicznego, poetyckiego tekstu Szczególnie widać to na przykładzie Szymona Kuśmidra, który odgrywa rolę Andrzeja Wajdy, Wielkiego Księcia Konstantego i Aresa. Zestawienie tych wielu porządków jest ambitnym, lecz trudnym w odbiorze przedsięwzięciem, które najbardziej przemówi do pasjonatów teatru i Łazienek. Z całą pewnością jednak, po doświadczeniu czytania, chce się wrócić do obejrzenia wajdowskiej inscenizacji, szczęśliwie dostępnej w internecie. Chce się zajrzeć również do „Notesów” Wajdy. Wychodzi się z przekonaniem, że Teatr Królewski w Starej Oranżerii jest miejscem o wyjątkowej atmosferze, pełnym duchów mistrzów i postaci historycznych, gdzie teraźniejszość przeplata się z przeszłością, a Wyspiański, który z przepustką wybrał się na spacer do Łazienek, może spotkać się tu z Andrzejem Wajdą, zastanawiającym się nad walorami inscenizacyjnymi plenerowego widowiska i przyglądającym się posągom antycznych bogów. Oni obaj zaś spotykają tu powstańców listopadowych, zmitologizowanych już za czasów dramaturga.
My współcześni, uczestnicy czytania, odwiedzający Łazienki, oglądający być może „Odyseję” Nolana i wciąż nieznużeni polską „Odyseją”, spotykamy się z nimi. Żyjący z umarłymi. Ludzie z bogami. Kiedy słyszymy ze sceny słowa: „Koniec zdjęć”, gaśnie światło. Zostajemy z pytaniem, czy istnieje możliwość całkowicie nowego odczytania „Nocy listopadowej”, które pozostawiam otwarte.