Niewątpliwie smutna historia
fot. Bartek Warzecha
fot. Bartek Warzecha
O spektaklu „Kofman. Podwójne wiązanie” Janusza Margańskiego i Moniki Muskały w reż. Katarzyny Kalwat, koprodukcja Nowego Teatru i Festiwalu Nowe Epifanie w Warszawie, pisze Przemysław Skrzydelski.
„Kofman. Podwójne wiązanie” to spektakl, który nie ma w sobie nic ze scenicznej rekonstrukcji postaci. A taki efekt chciała uzyskać Katarzyna Kalwat.
W stołecznym Nowym Teatrze nic nowego. Mało premier, a pośród nich trudno wyłuskać temat, który w tym miejscu byłby zaskakujący. A podobno opłaca się zaskakiwać. No bo jeśli „Kofman…” to koprodukcja z festiwalem Nowe Epifanie, który stawia na „inicjowanie twórczego dialogu artystów z tradycyjną sztuką religijną”, to może warto pójść w tę stronę. Nie wymagam od Nowego wielkopostnych refleksji, to nie w stylu tej ekipy, ale mimo wszystko staram się zauważyć, że kolejny powrót do spraw tożsamościowych czy feministycznych rodzi pytanie, czy nie jest tak, że teatr, który zamyka się w kręgu swoich sprawdzonych strategii, przekształca się w środowiskową bańkę.
Tym bardziej że przedstawienie Katarzyny Kalwat opiera się na założeniu, że można wziąć na warsztat biografię mniej znanej postaci – a Sarah Kofman jako XX-wieczną humanistkę kojarzą wyłącznie specjaliści od dekonstruktywizmu – rozpisać ją na mniej lub bardziej anegdotyczne sceny, i projekt sam się wyjaśni. Owszem, opowieść o wrażliwej osobowości zawsze porusza, czy to w teatrze, czy w zapisie dokumentalnym. Trudno o to się kłócić. Kalwat nie proponuje jednak zbyt wiele. Ukazuje raczej zbiór fragmentów życiorysu badaczki, i to w kuriozalnie rozłożonych proporcjach, za co winę ponoszą autorzy scenariusza, Monika Muskała i Janusz Margański.
Zatem najpierw dzieciństwo, aresztowanie ojca i jego śmierć w Auschwitz, później próby ukrycia żydowskiej tożsamości Sarah u przybranej matki w Paryżu, w końcu relacje z biologiczną matką zazdrosną o bliskość córki z kobietą, która dała gwarancję ocalenia, ale czy z chrześcijańskich pobudek? Sekret dziwnego związku Sarah i jej opiekunki staje się zresztą dla Kalwat problemem, któremu poświęca większą część spektaklu. Co prawda Maja Ostaszewska (Kofman) i Małgorzata Hajewska-Krzysztofik dają nam lekcję tego, ile znaczy intymny wymiar aktorstwa, jednak nie sądzę, że to wystarcza za klucz do tej historii. Rozumiem kwestię odrzucenia tradycji, potem znów jej przyjmowania, zmagań z poczuciem przynależności do rodziny, która zdaje się fantazmatem – to wszystko samo w sobie uderza. Ale Kalwat postępuje jak uczennica, która siada do wypracowania, układa w punktach plan narracji i zaraz orientuje się, że umie tylko dostawiać przypisy do haseł. No i dlaczego – to największa zagwozdka tego przedsięwzięcia – dojrzałość Kofman, jej ostatnie lata i samobójstwo to już w zasadzie rozdziały, których reżyserka nie zdąży nam opowiedzieć. Tempo przyspiesza, pytania się mnożą, wątki gubią. I nagle stało się. Możemy się zadumać.
fot. Bartek Warzecha/Nowy Teatr Warszawa