Nie ma sytuacji bez wyjścia
Z Ewą Pilawską, dyrektorką Teatru Powszechnego w Łodzi, rozmawia Wiesław Kowalski.
fot. Sebastian Szwajkowski




Z Ewą Pilawską, dyrektorką Teatru Powszechnego w Łodzi, rozmawia Wiesław Kowalski.
fot. Sebastian Szwajkowski
Dyrektor Ewa Pilawska w rozmowie Wiesława Kowalskiego o podróży Teatru Powszechnego, nowym otwarciu i sile komedii.
Teatr Powszechny w Łodzi wyruszył w wyjątkową podróż – z historycznej siedziby przy ul. Legionów 21 do tymczasowych scen w EXPO Łódź i Pieter Smit Theater. Dyrektor Ewa Pilawska opowiada o wyzwaniach logistycznych, budowaniu nowoczesnej sceny niemal od zera i o tym, dlaczego nawet w czasie remontu teatr nie może „przeczekiwać”. Mówi też o marzeniu, które właśnie się spełnia – powstaniu Europejskiego Centrum Komedii i Edukacji Teatralnej, miejscu, które ma łączyć sztukę, społeczną wrażliwość i europejskie myślenie o komedii.
Czy może Pani opowiedzieć, co było najtrudniejsze – a co najbardziej inspirujące – w procesie przeprowadzki Teatru Powszechnego z historycznej siedziby przy ul. Legionów 21?
Inspirujące jest, że urzeczywistnia się wielkie marzenie o nowoczesnym Teatrze Powszechnym. Najpierw zbudowaliśmy Małą Scenę (która działa już kilkanaście lat), a teraz niemal od podstaw powstaje Duża Scena oraz nowa, pozbawiona barier architektonicznych przestrzeń dla widzów, a także część administracyjna (do tej pory dla administracji wynajmujemy mieszkania w kamienicy obok). Po tej inwestycji Teatr Powszechny będzie miał nie tylko wyraźne logo artystyczne, na które zapracowaliśmy, ale także całą infrastrukturę, która będzie służyć przez dekady kolejnym pokoleniom.
Wyzwaniem była cała sfera organizacyjna – w zasadzie zdobyliśmy nowe kwalifikacje jako firma przeprowadzkowa, spedycyjna, specjaliści od negocjacji, budowania sceny i widowni teatralnej od zera… Kosztowało to wszystkich dużo energii, zaangażowania i pracy (a też stresu), ale wszystko poszło zgodnie z planem – z wielkim wsparciem Pani Prezydent Hanny Zdanowskiej, za które dziękuję. W czasie, gdy przy Legionów przez ponad dwa lata będą trwały prace budowlane, my nie tylko nie przestajemy grać, ale mamy dwie sceny tymczasowe. Zachowujemy ciągłość pracy Zespołu, grania, premier, utrzymujemy wspólnotę z publicznością. Gdy we wrześniu usiadłam na widowni na pierwszych spektaklach w Expo Łódź i Pieter Smit – to były momenty wielkiego wzruszenia i satysfakcji
Czy od początku zakładała Pani, że okres modernizacji nie może być czasem „przeczekania”? Jakie były Pani największe obawy związane z tą dwuletnią „wędrówką” teatru?
Nigdy nie chciałam być dyrektorem „teatru w budowie”, który nie gra, a jedynie oczekuje na zakończenie inwestycji.
Nowe przestrzenie – EXPO Łódź i Pieter Smit Theater – to obiekty nieszablonowe jak na teatr repertuarowy. Jakie są ich możliwości, a jakie ograniczenia? Czy od początku były brane pod uwagę, czy pojawiły się w toku poszukiwań?
Aula Expo ma ponad 250 miejsc i jest w świetnej lokalizacji. Zbudowaliśmy tam scenę kosztem części widowni, która była znacznie większa, ale dzięki temu powstała przestrzeń teatralna. Expo to miejsce, które ma swój rytm pracy i własne wydarzenia, ale nie wchodzimy sobie w drogę, działamy w harmonii. Ta współpraca bardzo dobrze się zapowiada, czujemy bardzo duże wsparcie Holdingu Łódź, w skład którego wchodzi EXPO.
Pieter Smit najmujemy na wyłączność, to obiekt przestrzennie zbliżony do warszawskiego Nowego Teatru. Pierwotnie była to pusta hala, w której zbudowaliśmy od podstaw teatr – widownię na około 300 miejsc. Zarządzający halą, na ile mogą, wspierają nas, przesunęli nawet ogromną ścianę, aby zwiększyć scenę, zbudowali garderoby, z elementów i materiałów odzyskanych z Legionów 21 powstały toalety dla widzów i szatnia. Blisko, po drugiej stronie torów kolejowych jest stadion Widzewa, więc w planowaniu uwzględniamy harmonogram meczów – przyznam, że to nowy aspekt przy budowaniu repertuaru.
Gramy w dwóch miejscach, widzowie uczą się drogi do nowych siedzib, ale już teraz możemy powiedzieć, że nas nie zawiedli. Staramy się ocalić tkankę artystyczną, przenosimy spektakle w taki sposób, aby zachować ich kształt z naszych scen. Działamy tak, aby widzowie nie odczuli różnicy w jakości naszej pracy w tych okolicznościach – kiedy przemieszczamy się pomiędzy trzema siedzibami (zapomniałam dodać, że większość administracji wciąż działa w kamienicy przy Legionów 19).
Czy w obecnej, tymczasowej sytuacji logistycznej, odczuwa Pani potrzebę redefinicji tożsamości Teatru – czy też raczej jej wzmocnienia?
Zdecydowanie wzmocnienia, ponieważ zachowujemy ciągłość i rozwijamy nasze logo artystyczne, które od lat obejmuje Polskie Centrum Komedii i konkurs „Komediopisanie”, Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych i ideę „Teatru blisko ludzi” wraz z całą przestrzenią projektów edukacyjnych i społecznych. Nasz profil artystyczny jest bardzo określony i zawsze budowałam go ze świadomością, że skoro w mieście działa kilka teatrów dramatycznych, to ich oferta powinna się uzupełniać, a nie powielać. Nie zapraszam twórców współpracujących z Jaraczem czy Nowym, od początku tworzę własne, inne projekty merytoryczne i artystyczne, hołdując zasadzie, że różnorodność oferty teatrów jest wielką wartością.
Teatr Powszechny w Łodzi od lat funkcjonuje jako Polskie Centrum Komedii. Czy w nowych warunkach łatwiej czy trudniej grać komedię? Czy przestrzeń wpływa na rodzaj śmiechu, jaki wybrzmiewa z sceny?
Wartości spektaklu nie definiuje gatunek, ale jakość. Z dobrą komedią jest zawsze trudno – trudno znaleźć dobry tekst, a jeszcze trudniej reżysera, który potrafi ją zinterpretować w inteligentny sposób.
W Auli Expo znakomicie sprawdzają się spektakle bardziej kameralne, w tym cykl „Dziecko w sytuacji”. W Expo planujemy też nadchodzące premiery, które są tworzone z myślą o tej konkretnej przestrzeni. W nowej sytuacji widzę raczej szanse niż trudności.
W Pieter Smit mamy amfiteatralną widownię ze sceną na poziomie zerowego rzędu – tak też będzie na naszej nowej Dużej Scenie. Taki układ zmusza do stosowania nowych środków aktorskich i zbliża nas do odbiorców, czego dotychczas nie mieliśmy na Dużej Scenie. Jak Pan pamięta, była wyjątkowo trudna, miała długą i płaską widownię na 450 miejsc, co zmuszało do szerokiego i określonego grania, stosowania bardzo wyrazistych środków. Nowy, amfiteatralny układ na 400 miejsc zmieni sposób prezentacji i stworzy możliwości mówienia nowoczesnym językiem komedii.
Premiera „Boeing, Boeing” – klasycznej farsy – otwiera sezon. Czy to sygnał potrzeby „rozładunku” społecznych napięć? A może również próba redefinicji tego, czym dziś jest „czysta” komedia?
Sztuka mistrza Marca Camolettiego z udziałem uwielbianej przez widzów pomocy domowej Nadii na pewno będzie dawką oczyszczającego, rozładowującego śmiechu, którego bardzo potrzebujemy. Zdecydowanie zbyt często brakuje nam dystansu – a śmiech bywa w teatrze czymś wstydliwym.
Będziemy w tym sezonie prezentować pełne spektrum komedii – od subtelnego poczucia humoru po szeroki uśmiech. Sezon zakończymy prapremierą nowej sztuki Juliusza Machulskiego napisanej specjalnie dla nas.
Cykle takie jak „Dziecko w sytuacji” to jeden z najcenniejszych projektów edukacyjno-artystycznych w Polsce. Jaką rolę pełni obecnie teatr w mówieniu o dojrzewaniu, relacji z ciałem i emocjach? Czy młoda publiczność zmieniła się przez ostatnie lata?
Bardzo dziękuję za te słowa o „Dziecku w sytuacji”. Zaczęliśmy tworzyć ten projekt kilkanaście lat temu z wielką ciekawością odbiorców, ale także pewnym lękiem, czy młodzież będzie chciała się otworzyć, rozmawiać. Za największy sukces tego cyklu uważam, że udało się stworzyć dialog. Po warsztatach po spektaklach, które są integralną częścią projektu, słyszałam od nauczycieli wiele razy głosy zdziwienia, że młodzi ludzie, którzy nigdy nie chcą angażować się w rozmowę, mówili tak dużo i chętnie; że chcą rozmawiać, dzielą się swoimi refleksjami. To chyba zasługa podejścia – my jesteśmy naprawdę ciekawi, co mają do powiedzenia, a teatr stwarza świetną płaszczyznę, scena daje pewien cudzysłów (także w przypadku tematu tak delikatnego jak dojrzewanie). Od zawsze uważam, że młodych ludzi traktować należy serio i po partnersku, a nie z góry. I tutaj nic się nie zmieniło – młoda publiczność, tak samo jak każda inna, chce być traktowana z szacunkiem, oczekuje dobrego i ważnego teatru.
Równolegle podejmują Państwo trudne tematy społeczne i historyczne – jak choćby zapowiadany spektakl o obozie przy ul. Przemysłowej. Czy uważa Pani, że teatr ma obowiązek mówić także o tym, o czym wciąż mówi się zbyt mało?
Zdecydowanie tak. Rolą teatru jest także zakorzenić się w lokalność i przypominać lokalnych bohaterów i łódzkie historie. W ostatnich sezonach pokazaliśmy prapremiery spektakli o łódzkich włókniarkach i strajkach robotniczych („Tango Łódź”), o łodziance Marii Kwaśniewskiej – olimpijce, która uratowała setki istnień („Maria”), o łódzkiej rodzinie Biedermannów, którzy w 1945 roku poprzez wolną śmierć wybrali własną godność („Biedermannowie”). Teraz planujemy prapremierę na podstawie książki o obozie nazistowskim dla polskich dzieci na Przemysłowej, której współautorką jest Jolanta Sowińska-Gogacz. To tematy trudne, ale niezwykle ważne.
W czasie remontu nie zrezygnowali Państwo z organizacji Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Czy możemy spodziewać się zmian w formule lub tematyce kolejnej edycji?
Nic się nie zmienia i nie zwalniamy tempa. Festiwal się odbędzie – tradycyjnie w okolicach marca. Na kilka tytułów jestem już zdecydowana, oglądam nowe premiery, mam już temat, tworzę repertuar, który przedstawię na początku przyszłego roku. Zapraszam do Łodzi!
Czy to możliwe, że niektóre z premier powstałych na scenach tymczasowych pozostaną w repertuarze także po powrocie na ul. Legionów? Czy ta podróż może zaowocować trwałymi zmianami w sposobie pracy i myśleniu o teatrze?
Oczywiście, jeśli tylko scenografie uda się przenieść na Legionów, to na pewno. Podróż, o której Pan mówi, na pewno pozostawi w nas poczucie, że nie ma sytuacji bez wyjścia – cała ta zmiana jest dla nas okresem mobilizacji, wielkim wyzwaniem i doświadczeniem. W tym sezonie w pewnym sensie zaczynaliśmy od początku – ale wspólnie udało się nam z tej pozycji zero ruszyć. Wymagało to odwagi, nieszablonowego myślenia i twórczego podejścia – wierzę, że takie myślenie pozostanie w naszym zespole.
Czy Pani marzeniem – jako dyrektor, ale też jako artystki i obywatelki – jest, by nowa siedziba Teatru była nie tylko nowoczesna, ale też bardziej otwarta, społeczna, „miejska”? Czym ma być „Europejskie Centrum Komedii i Edukacji Teatralnej” dla przyszłości łódzkiej kultury?
Otwartość na wszystkich wpisana jest w ideę „Teatru blisko ludzi”. Z tej idei i z potrzeby serca wyrósł w 2005 roku nasz „Teatr dla niewidomych i słabo widzących”, spektakle dla bezrobotnych i emerytów, spektakle z napisami dla osób niesłyszących, cała edukacja i wszelkie ułatwienia dostępu dla osób z niepełnosprawnościami. Po modernizacji Teatr Powszechny będzie pozbawiony barier architektonicznych, jeszcze bardziej dostępny i inkluzywny.
Europejskie Centrum Komedii i Edukacji Teatralnej to naturalna ewolucja naszego oblicza artystycznego – dalsza praca laboratoryjna nad komedią, którą niesłusznie uznaje się za gorszy i wstydliwy gatunek. Ja od zawsze uważam, że powinniśmy oceniać jakość realizacji, a nie gatunek. Teatr Powszechny nie otrzymałby szansy na modernizację, gdyby nie mój projekt merytoryczny Europejskiego Centrum Komedii – to on dostał w trybie pozakonkursowym dofinansowanie z Unii Europejskiej i Miasta Łodzi.
Wniosek o dofinansowanie zawiera bardzo szczegółowy opis, ale żeby nie zanudzać czytelników, mogę powiedzieć w kilku słowach, że jego celem jest, aby o polskiej komedii rozmawiać w szerokim europejskim kontekście. Chciałabym, aby warsztaty towarzyszące „Komediopisaniu” prowadzili nie tylko specjalizujący się w komedii polscy twórcy (do tej pory byli to między innymi Juliusz Machulski, Maciej Wojtyszko, Michał Walczak), ale także najlepsi twórcy z Europy. Nasze myślenie o polskiej komedii wymaga zderzenia z tym, co dzieje się na świecie, abyśmy mogli się rozwijać. Nowa Duża Scena da nam nowe otwarcie i nowe możliwości, otworzy nas na nowe języki komedii.
Druga część nazwy projektu dotyczy z kolei edukacji kulturowej, która moim zdaniem jest w Łodzi ściśle związana z rewitalizacją społeczną. Robimy to od lat, wykorzystując teatr. Prawdziwa rewitalizacja nie polega na remontach elewacji, ale na obudzeniu w ludziach sprawczości, aby chcieli świadomie decydować o swoim życiu i przyszłości, aby chcieli być współodpowiedzialni za miejsce, w którym żyją. Zmiana odbywa się w głowie i może zacząć się w teatrze od spektaklu, rozmowy, doświadczenia…
Jak na razie na placu budowy wszystko idzie zgodnie z planem. Cieszę się, że to właśnie w Łodzi powstanie Europejskie Centrum Komedii i Edukacji Teatralnej, które będzie ważnym punktem na teatralnej mapie Polski i Europy.
„[…] idziemy do teatru i okazuje się, że literatura ze swoim porównaniem homeryckim, heksametrem, nadmiarowym nasyceniem historii bohaterami i zdarzeniami może mieć swoją sceniczną egzemplifikację, która mocniej działa na odbiorcę niż starożytny grecki epos w najlepszym tłumaczeniu”