Nie do przebicia
O spektaklu „The Wall” w reż. Pawła Miśkiewicza w Teatrze Dramatycznym w Warszawie pisze Przemysław Skrzydelski.
„The Wall” Pawła Miśkiewicza to teatr szczery, ale też nieotwarty na widza, który musi się pogodzić z tym, że reżyser chce się wygadać.
Już nie pamiętam, kiedy widziałem udany spektakl Pawła Miśkiewicza. Chyba musiałbym się cofnąć aż do „Idioty” wg Dostojewskiego z Teatru Narodowego, zatem o osiem lat. Od tego czasu wręcz obsesyjne zamiłowanie Miśkiewicza do postdramaturgii, a zwłaszcza brak reżyserskiej kontroli nad jej pułapkami, zdecydowały o scenicznym chaosie i ostatecznie klęsce tak wielu przedstawień niegdyś ciekawego twórcy. Choć bywało już tak i wcześniej, więc „Idiota” nie jest dla mnie cezurą, jest raczej miłym wyjątkiem. Przecież w krakowskich „Podopiecznych” (2016) wg Elfriede Jelinek tłum aktorów Starego Teatru wypowiadał pretensjonalne frazy noblistki, błąkając się po scenie w pomarańczowych kapokach; miał być obrazem uchodźców, których właśnie wyrzuciło na brzeg, ale nonsens polegał na tym, że aktorzy znajdowali się w sytuacji półprywatnej i w domyśle jako syci Europejczycy usiłowali wczuć się w role przybyszów. A przepastny tekst działał jak tortura.
„The Wall” ze stołecznego Dramatycznego w jakimś stopniu przypomina „Podopiecznych”. To podobny kontekst, w którym teatr traktowany jest jako miejsce do prowadzenia dyskursu wokół szeroko zakrojonego problemu. Miśkiewicz wraz z Joanną Bednarczyk wykorzystują teksty kilku nagradzanych autorów, wśród nich Abdulrazaka Gurnaha, by zapytać, czy toczące się wojny są wynikiem kulturowych barier, komunikacyjnych deficytów, niechęci wobec obcych, czy może zrozumiałego lęku. Same pytania są trafne, co więcej – to refleksja na dziś.
U Miśkiewicza nie ma jasnej odpowiedzi, ale jest za to esej rozbity na rozdziały klimatem przypominające telewizyjne programy, w których wzrusza się widzów wziętymi z życia historiami. I aktorzy niewiele mogą tu zdziałać, bo bardziej streszczają okoliczności zdarzeń, stawiają na dystans, znów igrają z „prywatnym istnieniem na scenie”, więc nawet jeśli przez moment udaje im się otworzyć jakiś świat (np. gdy słuchamy opowieści o irlandzkim terrorze sprzed lat czy o śmierci palestyńskiego chłopca w płonącym busie), to zaraz wracają do konwencji, w której najchętniej godziliby relacjonowanie z psychologizacją postaci czy nawet teatr dokumentalny z improwizacją na zadany temat (niestety polscy reżyserzy o teatrze dokumentalnym i jego metodzie verbatim wiedzą niewiele).
Tak Miśkiewicz sam stawia mur, przez który trudno się przedostać. I gdyby nie dwuczęściowy, prowokacyjny w swej wymowie monolog Marty Nieradkiewicz w roli kobiety, która chciała przekraczać międzyludzkie granice i zapłaciła za to cenę, stwierdziłbym, że to tylko kolejny tytuł Miśkiewicza, który przerzucę do katalogu teatralnych zapomnień. No to mam tych kilkanaście niezwykłych minut z blisko czterech godzin błądzenia.
fot. Karolina Jóźwiak / Teatr Dramatyczny w Warszawie