NA KSIĘŻYC I Z POWROTEM
O filmie Minghun Jana P. Matuszyńskiego obejrzanym w bydgoskim Multikinie pisze Krystian Kajewski.
SEN
Nasza opowieść zaczyna się przed seansem. Jesteśmy w Multikinie, gdzie popcorn i coca cola to smutne pozostałości po ambrozji i nektarze. Szukać w Multikinie duchowego pokarmu to, wydawałoby się, karkołomne zadanie. Dostaliśmy jednak coś takiego. Minghun, nowy film Matuszyńskiego, twórcy Ostatniej rodziny, to sycąca strawa duchowa, pop corn dla umęczonej duszy i coca–cola dla zmartwiałego krwiobiegu. Świat śmierci Cię w fotel wwierci i przewierci.
Omawiając tamten okres kariery Matuszyńskiego, warto przypomnieć, że Ostatnia rodzina także opowiadała o śmierci, pokazując familię Beksińskich tak jakby zrobić to mógł Edgar Alan Poe, kreśląc Upadek domu Usherów.
BLIŹNIĘTA SYJAMSKIE
W nowym filmie Matuszyński znów podjął temat śmierci: bohaterowi (w tej roli smutna twarz Dorocińskiego, dolorosa) umiera żona, a po kilkunastu latach córka.
KROK W STRONĘ ŚWIATŁA
Kinomani, którzy kochają kino przejścia, będą mieli okazję doznać Oczyszczenia.
WSPANIAŁY DZIEŃ
Rok 2024 przyniósł nam ten niezwykły film w pakiecie z popcornem i coca-colą.
Wiesz, w święta nasze myśli kierują się zawsze w stronę tych, których już z nami nie ma.
To nasze przeznaczenie, na końcu którego czeka nas śmierć. Ale w naszej krwi krążą trzy cnoty kardynalne: Wiara, Nadzieja i Miłość. Wiara, że śmierć nie jest końcem, a raczej początkiem życia.
Świat fantasy pozwala uciec od rzeczywistości. Życie jest gdzie indziej. Tam gdzie nie ma nic i gdzie jest już wszystko.
Jeśli się nie dostosujesz, nie przetrwasz. Wieczność nie może być spędzona w samotności. Cały koncept karkołomnego, wydawałoby się, scenariusza, zasadza się na znaczeniu rytuału. Tytułowy Minghun to starochiński pogrzeb, w którym para kochanków przez gwiazdy przeklęta, łączy się pośmiertnym węzłem. W filmie Matuszyńskiego tą parą staje się zmarła w wypadku samochodowym córka głównego bohatera, która w połowie jest Chinką, i chłopak z sąsiedztwa, który umiera kilka dni po niej równie nagle i niespodziewanie.
Jest wiele filmów… traktujących o śmierci, a raczej o poczuciu straty, które jest trudne do zniesienia dla tych, którzy pozostali tutaj. Minghun jest obrazem przejmującym, bo kaskaderski scenariusz Grzegorza Łoszewskiego (Komornik) w reżyserii Matuszyńskiego zyskuje wiarygodność. Ta, wydawałoby się wydumana i egzotyczna historia, stała się bliska mojemu sercu.
Wiesz, jak to bywa: w opowieści innego odczuwasz własne bicie serca. Może to, że cztery i pół roku temu straciłem Mamę, sprawia, że czuję tę opowieść jako opowieść o moim własnym bólu. Podobno reżyser poświęcił ten film pamięci swojego ojca. Jest w tym filmie urzekająca moc, która pozwala zaufać tym wszystkim wymyślnym meandrom i dać się ponieść na drugą stronę. Jak kiedy otwierając okno, czujemy tajemniczy powiew wiatru.
Zabrakło nam trochę czasu, żeby nauczyć się rozmawiać ze sobą.
Ale nie chcę mówić więcej, bo wolę opowiadać o czymś, co już się wydarzyło. O tym, jak bardzo jest to film budujący. O oczyszczeniu, które niesie ze sobą ta niewiarygodna historia. Historia, w którą uwierzyłem.
Nigdy nie wiesz, co Cię uniesie i dokąd. Jaki spotka Cię los. Tym bardziej nie wiemy nic o śmierci, o wieczności, ale ostatnia scena w filmie pokazuje, czego możemy się spodziewać. Brawa za tę wspaniałą, odważną i piękną scenę. I za cały film, który również jest taki.