Na krawędzi „czystej formy”
O spektaklu „Witkacja. Wodewil na krawędzi”, według scenariusza Karoliny Felberg-Pawłowskiej i Romana Pawłowskiego-Felberga, w reżyserii Ceziego Studniaka, wystawionym w Teatrze Rampa w Warszawie, pisze Anna Czajkowska.
Rozszerzona, satyryczna akcja i uwypuklone charaktery — typowe dla wodewilu, gatunku lekkiego — zainspirowały Ceziego Studniaka do realizacji spektaklu opartego na elementach biografii Stanisława Ignacego Witkiewicza. „Witkacja. Wodewil na krawędzi” przywołuje — nawet zza grobu — wszechobecny w życiu artysty „metafizyczny harem”: dwie żony, kochanki, muzy, przyjaciółki, powiernice i modelki. Bez nich, jak czytamy, sztuka „wybitnego myśliciela i filozofa nie mogłaby zaistnieć!”. Muzyczny spektakl jest portretem tych niezwykłych kobiet.
Cezary Studniak opowiada o Witkacym z szacunkiem, ale i z pełną świadomością jego wad. Poszukując w scenariuszu odniesień do współczesności, pokazuje świat na granicy jawy i snu, gdzie groteskowe postaci i ich wzajemne relacje, a także ironiczne kontrasty, służą demaskowaniu hipokryzji.
Akcja spektaklu przenosi widzów do przedwojennej Warszawy — dnia 18 września 1939 roku, tuż po inwazji wojsk radzieckich na Polskę. Tego właśnie dnia Witkacy popełnił samobójstwo. Obawiał się zbydlęcenia, upadku wartości i powojennej demoralizacji — świata, w którym nie chciał już żyć, pamiętając doświadczenia z I wojny światowej.
Po witkacowsku igrając z formą, kpiąc i mieszając gatunki sceniczne, reżyser wraz z zespołem aktorskim buduje gęstą, mocną, celowo przewrotną rzeczywistość sceniczną. Gry słowne, prześmiewcze aluzje i ironiczne podteksty pojawiają się w nie do końca błyskotliwym tekście — chwilami zbyt zagmatwanym, fragmentarycznym i pozbawionym wyraźnej myśli przewodniej, co może męczyć. Całość ratują dialogi doprowadzone do absurdu, sprawnie prowadzone przez realne i nierealne postaci.
Na scenie zadośćuczynienia szukają najważniejsze kobiety w życiu Witkacego — pełne zmysłowości i gniewu, namiętności i żalu. Każda z nich nosi w sobie inny, wyrazisty „rys”: aktorka Irena Solska; najbardziej tragiczna Jadwiga Janczewska; groteskowa i niejednoznaczna Matka, Maria Witkiewicz; Lilka, czyli Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, zazdrosna i pełna tęsknoty; Jadwiga Nina Witkiewiczowa, wierna muza i powierniczka, emanująca dumą i demonizmem („był erotomanem i więcej niż erotomanem” – pisała o mężu). Pojawiają się także piękna, choć szalona Maria Zarotyńska, seksowna Olena, giętka fordanserka oraz Irena Melcer jako do końca wierna Czesia Oknińska-Korzeniowska – „wdowa” po artyście.
Zanim rozpocznie się właściwa akcja, publiczność poznaje młodego Ignacego. Marcin Januszkiewicz w tej roli przekonująco oddaje jego osobowość — mieszaninę błazenady i powagi. Cezi Studniak wciela się w dojrzałego, pełnego lęków Witkacego — wciąga w zabawę wszystkich, operując ciętą ironią i sarkazmem. Momentami celowo odstręcza narcystycznym, szokującym „filozofowaniem”. Robert Tondera imponująco kreuje kilkanaście różnych postaci — szybki, energiczny, emocjonalnie rozedrgany, oddający skrajne uczucia także w śpiewie.
Niestety, mimo interesujących kreacji aktorskich, w spektaklu brakuje wyrazistego klucza interpretacyjnego i spójnej koncepcji inscenizacyjnej. Percepcji nie ułatwia ani zbyt intensywna muzyka, ani nadmiar dymu tytoniowego. Na uwagę zasługuje za to pomysłowa scenografia Michała Hrisulidisa, współgrająca ze światłem oraz piękne, podkreślające charakter postaci, kostiumy autorstwa Barbary Sikorskiej-Bouffało.
Spektakl wypełniają autorskie pomysły, które wydobywają cięty humor i teatralną energię, jednak brak mu wyrazistego konceptu, ciągu dramaturgicznego i esencji katastrofizmu — tak silnie obecnego w życiu „demona Zakopanego” i zafascynowanych nim kobiet.
A może właśnie o to chodzi — o pozostawanie na krawędzi „czystej formy”?
fot. Marek Zimakiewicz