MILCZENIE POEZJI. Po śmierci Urszuli Kozioł i poezji w teatrze
Dziś teatr coraz częściej omija poezję, a poezja – teatr. Dlaczego?
fot. TdW
Dziś teatr coraz częściej omija poezję, a poezja – teatr. Dlaczego?
fot. TdW
Umarła Urszula Kozioł – poetka czułości, ale i ciemności. Czasem pisano o niej, że była jedną z ostatnich, które potrafiły mówić o świecie z powagą, bez patosu. Że pisała – jakby język miał wagę, jakby każde słowo mogło jeszcze coś znaczyć. Umarła cicho, bez medialnego echa, bez nekrologów na pierwszych stronach. Nie powinno to dziwić – poezja już od dawna nie przemawia z wysoka. Ale czy to znaczy, że zamilkła zupełnie? A może to my, jako środowisko teatralne, przestaliśmy jej słuchać? – pisze Wiesław Kowalski.
Były czasy – całkiem niedawne – gdy poezja miała głos. Nie tylko w książkach, ale na scenach. Poetyckie dramaty Norwida, Leśmiana, Różewicza, Białoszewskiego, Harasymowicza, Grochowiaka, a później Szymborskiej, Lipskiej czy właśnie Urszuli Kozioł – brzmiały z desek teatrów, z radia, z ust największych aktorów. W Polskim Radiu codziennie po południu emitowano „Wiersz dnia”. A aktorzy – nie czytali, ale przechodzili przez język jak przez rzekę, której nurtu się nie zakłóca, tylko poddaje. Poezja była przestrzenią spotkania.
Dziś teatr coraz częściej omija poezję, a poezja – teatr. Dlaczego?
Pewnie dlatego, że teatr – szczególnie ten instytucjonalny – przyjął logikę bezpośredniego komunikatu. Ma być jasno, głośno, jednoznacznie. Spektakl musi mówić „coś ważnego o świecie”, ale nie może mówić zbyt subtelnie, bo widz się „zgubi”. Liczy się tempo, rytm, efekt, polityczny komunikat. Poezja, która działa w ciszy, w zawieszeniu, w niedopowiedzeniu – przeszkadza. Nie daje się wcisnąć w dramaturgiczny łuk. Jest „za trudna”, „za statyczna”, „zatrzymuje akcję”.
Pewnie też dlatego, że zniknęła z eteru. Radio – kiedyś ostoja słowa – dziś stało się głośnikiem informacji lub dźwiękowym tłem. Nie ma już codziennych wierszy. Nie ma święta głosu. Zniknął etos aktora mówiącego poezję – tak jakby mówienie wiersza stało się anachronizmem, a nie szczytem dykcji, rytmu i myśli. Słowo się rozmyło. Język już nie wyznacza granicy sensu, lecz płynie – często bez oporu – w kierunku banału.
Oczywiście, są wyjątki. Salony Poezji Anny Dymnej od lat działają w wielu teatrach w Polsce, gromadząc wierną publiczność i dając przestrzeń dla poezji mówionej. Aktorzy – często znani i doświadczeni – mówią tam wiersze z pełnym zaangażowaniem i szacunkiem dla słowa. Te spotkania mają wartość – są jak małe wyspy skupienia w oceanie medialnego szumu. Ale Salony też mają swoją formułę, swoją powtarzalność i swoją publiczność. Nie są częścią teatralnego głównego nurtu, lecz raczej jego poetyckim przypisem. Ich istnienie cieszy, ale nie rozwiązuje problemu: poezja wciąż bywa traktowana jak coś osobnego, dodatkującego, niemieszczącego się w rytmie „prawdziwego” spektaklu.
Ale może najgłębszy powód jest inny: boimy się milczenia.
A poezja, jak pisała sama Kozioł, „nie chce krzyczeć z plakatu, lecz szeptać z marginesu”. Wymaga skupienia, zawieszenia czasu, słuchania między wersami. Tego, co teatrowi współczesnemu – zmęczonemu potrzebą wyjaśniania wszystkiego – coraz trudniej przychodzi.
Nie chodzi o to, żeby teatr miał teraz wracać do konwencji wieczorków poetyckich z podkładem muzycznym i słowem pisanym na pastelowym tle. Ale może warto przypomnieć sobie, że język poetycki to nie tylko ozdobnik – to fundament teatru. To on umożliwia metaforę, napięcie między tym, co wypowiedziane, a tym, co przemilczane. To on pozwala, by w ciszy sceny zadziało się coś więcej niż fabuła.
Po śmierci Urszuli Kozioł warto na chwilę przystanąć. Nie tylko po to, by wspomnieć jej wiersze, ale by zadać sobie pytanie: czy teatr jeszcze ma miejsce na głos, który mówi cicho? Czy umiemy słuchać, gdy język nie wali w stół, tylko znika między wersami?
Bo może nie poezja zamilkła. Może tylko my przestaliśmy się na nią otwierać.